Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą akcja. Pokaż wszystkie posty

8 maj 2011

Planescape: Torment - soundtrack

Uwaga! Album udostępniony w sieci za darmo!

Zabrało mi dziś parę godzin znalezienie odwagi do napisania tej notki. Jej widmo ciążyło na mnie już od dawna. Było tak wyraziste, że w zeszłym tygodniu techniką wyparcia autentycznie zapomniałem o jej przygotowaniu.

Wiele już mówiono o soundtracku do Tormenta. Głównie w superlatywach a opinie, jakoby to był „najlepszy z soundtracków do gier komputerowych / gier cRPG” nie były rzadkie, choć raczej bym się z nimi nie zgodził.

Sama gra była dla mnie zawsze bardzo ważna. Na tyle, że OST przesłuchałem wzdłuż i wszerz i dotychczas nie wykorzystywałem go na sesjach. Za dużo skojarzeń. Nie zmienia to faktu, że będąc muzyką co prawda szalenie charakterystyczną jest też bardzo udaną zbitką króciutkich kawałków, zdatnych do wykorzystania jako muzyka chwili. Niespełna pięćdziesiąt pięć minut można skrócić do połowy godziny złożonej z rarytasów – a trzeba przyznać, że występują utwory przeciętne, a nawet bardzo słabe. Szczęśliwie, najsłabsze ogniwa nie dostały się do gry (Morte Theme, Morte Theme Alternate, Smoldering Corpse Alternate).

Wydaje mi się, że także przez niewykorzystanie w grze utworów Good Ending i Neutral Ending popularna jest w sieci opinia, jakoby gra miała posiadać alternatywne zakończenia, których nie zdążono zmontować. Czy tak jest w istocie – nie wiem.

Słabą stroną albumu jest wyraźne działanie syntezatorów. Nawet Deionarra, jeden z najbardziej znanych i lubianych utworów, wyraźnie został „wyśpiewany” przez klawisze. Cechą charakterystyczną są jednak niepowtarzalne „instrumenty” (brzmienia?) perkusyjne i dosyć nachalne wplatanie motywu głównego. Ta konsekwentność jednak umożliwia tym bardziej złożenie z grupy podobnych utworów fajną muzykę sceny (zwłaszcza ciekawe są battle tracki), a nawet tła – choć ku temu trzeba wpierw nieco się nasłuchać i poselekcjonować. Szczęśliwie nie ma faktycznych wokali, choć pozory chórów pojawiają się często.

Jako, że album można pobrać za darmo, pozostaje go polecić. Mark Morgan odwalił genialną robotę. Richard Band, odpowiedzialny (odpowiedzialni? Nie wiem, czy to nazwisko, czy nazwa grupy) za Smoldering Corpse Bar (przegenialny utwór stworzony na potrzeby dziwacznej gospody) i Credits (z niezrozumiałego powodu zalatujący Bliskim Wschodem, niemniej naprawdę udany) – jeszcze lepszą.

Warto obadać. Jeżeli Wasz team nie zawiera fanów gry, powinniście znaleźć użytek.

Szczególnie warte uwagi:

01 - Main Title

03 - Deionarra Theme

04 - Dak'kon Theme
05 - Annah Theme

06 - Ignus Theme

09 - Vhailor Theme
17 - Sigil Battle
20 - Modron Cube Battle

21 - Fortress Battle
24 - Smoldering Corpse Bar

30 - Ravel's Maze
32 - Fortress Of Regrets

33 - Bad Ending
34 - Neutral Ending

35 - Good Ending
38 – Credits

24 kwi 2011

2TM2,3 – wpis świąteczny

Wypadałoby tematyką wpisu nawiązać do otaczającego nas kulturowego kontekstu. Nie lubię muzyki określanej „chrześcijańską”. O tym określeniu decydują teksty utworów, które często są infantylne, nieciekawe, sztampowe. Omawiany dzisiaj zespół jest wyjątkiem – jedyną kapelą, która tworzy „muzykę chrześcijańską” i której kawałków dzierżę więcej, niż k3. Powiem więcej – to jeden z zespołów, na których się wychowywałem.

Jak tu bowiem nie kochać grupy, która w nazwie ma werset biblijny, śpiewa o Chrystusie i zaczyna pierwszy album takim to kawałkiem:

I wpatruje się dziecko w tekst z Księgi Izajasza (nie to, żeby je rozumiało) i słucha tej muzyki, którą zawsze kojarzyła z „szatańskim grołlem” i uwierzyć nie może. A buła się cieszy.

Na moich sesjach rzadko grywamy w świecie historycznym lub współczesnym, a jak już, to zazwyczaj wiara ma tam znaczenie marginalne. A jednak, gdyby grać w takie Armie Apokalipsy (które, jak rozumiem, z Biblią nie mają nic wspólnego), to Marana tha zasługuje na miano battle theme'a.

Prawie wszystkie kawałki 2TM2,3 posiadają tekst zaczerpnięty z Pism. Niektóre są zaskakujące. Inne piękne. Część do mnie wcale nie przemawia. Widzę jednak ogromny potencjał w utworze rozpoczynającym się spokojnie i pokornie, a wreszcie wchodzącym na estetykę wzniosłości, przytłoczenia.

Czyż nie dałoby się tego wykorzystać jako tło do opisu epickiej bitwy – tak między aniołami, jak i krzyżowcami? W Audacity wywalić da się nazbyt „spokojne” refreny i jedynie przedstawić zgiełk, chaos i okrucieństwo osób znających potrzebę wiary, ale nie Boga. Poczynający się od 3:58 wyrazisty rytm to czas przygotowujący w sam raz na zarysowanie kształtu w obłoku dymu, postaci zsuwającej się z niebios, której niszczycielskie działanie z pasją opisujemy od 4:18.

Tego typu utworów znajdziemy więcej. Dość wymienić


czy wreszcie


Jednak zrozumiałe jest, że nie każdy chciałby ująć kwestie wiary tylko w pełnych patosu i wzniosłości ujęciach, przemocy i potędze. 2TM2,3 zapewnia też sporą kolekcję utworów subtelniejszych i spokojniejszych. Męskie wokale częściej zastąpione są przez niewieście (choć chórów nie ma ni w części czadowej, ni akustycznej), gitary elektryczne, basówki i perkusja schodzą na drugi plan, zastąpione trąbami, cymbałami, tradycyjnymi bębnami.

Mistrzowsko wykonany Psalm 23 – obdarzony i tą łaskawością, że tekst polski zastąpiono oryginałem, przez co natchniona kapłanka z perspektywy graczy nie wybije się na tle śpiewających glosolaliami szaleńców – jest tego najlepszym przykładem:


Słynny jest Psalm 130, znany zresztą w różnych wykonaniach (gdyż, co warto wiedzieć, wykonania koncertowe wychodzą tej kapeli czasem skrajnie odmienne względem pierwowzoru), łączący oba ze wspomnianych stylów:


Jak jednak wiedzą stali czytelnicy tego bloga, nie jestem zwolennikiem muzyki sesyjnej, w której tekst wybija się na przód. Stąd cenię zwłaszcza kawałki, które da się wcisnąć na albumy odpowiedzialne za tło i sceny:





Jakby jednak nie spojrzeć, muzyka o wymiarze religijnym ma to do siebie, że nawet stworzona została po to, by przemawiać do słuchacza. Stąd stosuję ją bardzo rzadko – zresztą zdecydowana większość mych współgraczy to osoby niewierzące lub wręcz wrogo do wiary nastawione – i głównie jako muzykę chwili. A przecież o ile gramy z osobami, które potrafią się nieco zdystansować, możemy wykorzystać choćby motyw z filmu Conan, w którym to drużyna włamuje się do świątyni i słyszy odległe śpiewy wiernych:

17 kwi 2011

Wiedźmin (film) – soundtrack

Po przeczytaniu opowiadań + k3 tomów słynnej Sagi i po przesłuchaniu oszałamiającego soundtracku do filmu Wiedźmin nie mogłem uwierzyć, że jest to tak niemiłosierna kupa. Zresztą nie wyróżniam się z tłumu – film zyskał na Filmwebie średnią z ponad dziesięciu tysięcy głosów 3,8. Jeżeli to nie wystarczy, by uwierzyć, że jest to produkcja stworzona z najczystszej esencji publicznego szaletu, to ja nie wiem, co.

Zła opinia krążąca wokół filmu sprawiła, że jego soundtrack odszedł w niepamięć. Niezła gra komputerowa The Witcher została obdarzona muzyką dość przeciętną, a jednak da się na nią trafić niemal wszędzie.

Wierzcie lub nie, ale wpis ten umiejscowiony jest w cyklu, który osobiście nazywam „Top X albumów z fantastyki”. Gdybym miał zrobić listę dwudziestu albumów, które poleciłbym każdemu chcącemu pograć w konwencji fantasy, ten OST pojawiłby się tam bez wątpienia.

Vade mecum.

----



Łał. Czego tu nie ma. Niezwykle wyraźny rytm prawdziwych bębnów, klawisze, na czele kobiecy wokal, chóry w tle, trąby, elektronika, talerze, uf. Aż trudno się połapać. Zmiany w obrębie tych pięciu minut są przytłaczające: to instrument dochodzi, to zmienia się melodia, przejście, wokal w tę, tamtą – czyste szaleństwo. Nie mam pojęcia, w jakim kontekście pojawia się ten kawałek w filmie, jednak jeżeli chciałbym wydobyć utwór mający rozpoczynać każdą sesję heroicznej kampanii stylizowanego na średniowiecze fantasy – to jest mój typ. W sam raz na sesje opierające się o patos i / lub wzniosłość.

To jest w gruncie rzeczy niezwykłe – jednocześnie Ciechowski stworzył utwory, w których dzieje się niezmiernie dużo, a przy tym można je ze spokojem wykorzystywać jako muzykę tła czy sceny, nie tracąc przy tym na wartości jako muzyka chwili. Trzymający w napięciu, świetny do scen walki Zew wilka

czy niemalże żywcem wyrwana z katedry Oniria

stanowią jednocześnie kopniak dla wyobraźni i materiał na składanki pokroju „walka” czy „sacrum średniowieczne”.

To zdecydowanie wzniosłe i patetyczne kawałki są największą zaletą albumu. Da się jednak znaleźć nieco sielanki, jak wymownie zatytułowane Leczenie ran

i jedyny ciekawy utwór z tekstem, jakim jest niezapomniane Zapachniało jesienią.

[b]Najsłabszym[/b] aspektem jest zbiór Rad Jaskra, brzmiących jak wata cukrowa maczana w kompocie truskawkowym („miłości nie uciekniesz więc poddaj się jej”)

Do słabych kawałków należy też Uciekajcie (zmodyfikowana wersja samego początku Zewu wilka), nudna Ballada dla Yen i bazujący na tej samej melodii Jak gwiazdy nad traktem przypominający Baśka miała fajny biust. Tyle o syfie.

O ile dobrze rozumiem, album ten jest ostatnim ukończonym projektem Ciechowskiego, który udało mu się zamknąć przed niespodziewanym zgonem. Patrząc nań powiem szczerze – choć nie jestem fanem twórczości tego muzyka, to myśląc, że mogło powstać więcej równie genialnych albumów, niewielu twórców tak bardzo mi brakuje na polskiej scenie muzycznej. Cytuję jego wypowiedź ze strony internetowej:

„Długo zastanawiałem się razem ze scenarzystą, jaka to ma być muzyka, i w jakim stylu. W końcu doszliśmy do wniosku, że musi być poza wszelkim stylem. Powinna być na tyle dystynktywna i rozpoznawalna, aby określała tamtą rzeczywistość i jednoznacznie kojarzyła się z "Wiedźminem".”

Doskonała decyzja. Jej efekt: jeden z najlepszych soundtracków, jakie znam. Zdecydowanie wart zakupu

Muzyka tła: 2/5 – po wywaleniu słabizny można puszczać przy sesjach fantasy, w czasach gimnazjum robiliśmy to cały czas;
Muzyka sceny: 3,5/5 – składanki tyczące się walki, patosu, kobiecego śpiewu, karczm, melancholii naprawdę można wzbogacić;
Muzyka chwili: 5/5 – trochę naciągam. Koło ośmiu utworów jest wartych śmietnika. Za to reszta – mistrzostwo;
Muzyka drużyny: Tak.




3 kwi 2011

Kroniki Czarnego Księżyca



Ciekaw jestem, jak Pierre Esteve ocenia swój album wydany dekadę temu. W sieci da się znaleźć wypowiedzi, jakoby był to jeden z najlepszych soundtracków wydanych kiedykolwiek. Mniej więcej od dziewięciu lat słucham go przynajmniej raz na kwartał godzinami. Ma w sobie wielką moc.

Co dziwne, trudno go kupić. Co jeszcze dziwniejsze, występuje w dwóch kopiach – jedna ma utworów 12 (faktyczny OST), druga – 14 (a może nawet 15), jest prawdopodobnie efektem zabawy z plikami do gry znudzonego cwaniaka i można ją co najwyżej ściągnąć z sieci. Obie wersje się uzupełniają i chociaż nie wszystkie utwory są genialne, po wyodrębnieniu najnudniejszych pozostają prawie trzy kwadranse (!) muzyki jednocześnie dynamicznej i statecznej, groźnej i podniosłej, triumfalnej i zostawiającej krwawy posmak.

Esteve podjął krok, który zapewne był bardzo kosztowny – miast ograniczać się do zwykłych syntezatorów i klawiszy, zainwestował w liczne instrumenty perkusyjne, łacińskie teksty, niepozostawiające w niedosycie chóry (głównie męskie, choć nie tylko). Sama gra komputerowa przedstawiała historię typowego świata fantasy, w którym ścierały się ze sobą cztery potęgi: dotychczasowy, niepodzielny władca, Imperator, na czele niezliczonych legionów; oddziały Światła, armii zakonnej, która zaprzedała ideały przed pokusą władzy; Sprawiedliwość, ostatni obrońcy cnót, paladyni na usługach Boga; wreszcie Czarny Księżyc, wcielenie piekieł, skute nietrwałymi łańcuchami, zniewolone orki, trolle i nieumarli pod władaniem zaprzedanych demonom czarnoksiężników. Gdzieś z boku błąkają się jeszcze smoki, elfy, krasnale, poruszone żywioły i tak dalej. Krótko mówiąc: same głupoty.

Co ważne, gra obraca się mocno wokół wątków religijnych, bohaterstwa, grozy i wielkich bitew. Używałem tej muzyki regularnie podczas rozgrywek w bitewaniaki, sprawdzała się wyśmienicie – zarówno w systemach fantasy, jak i przy Warhammerze 40 000. Patetyczna i rytmiczna, w dużej mierze dostosowana do marszu. Bardzo wyraźnie zarysowana i utrzymywana konwencja. Długość utworów zazwyczaj obraca się wokół pięciu minut, zaś zdecydowana większość z nich zmienia się we własnym obrębie – twórca robił chyba wszystko, co mógł, by utwór pozostawał spójny, ale też nie zanudzał. Da się przez to znaleźć na przykład znany kawałek Wismerhill, gdzie bez ostrzeżenia pojawia się wykrzykujący, niczym komendy na polu bitwy, mężczyzna, zaś utwór od tej pory zdaje się właściwie od początku tylko na te krzyki oczekiwać. Czasem jednak przemiany zdają się zachodzić jedynie w trzecim, czwartym tle, za pierwszym odsłuchaniem całkiem nie do wyłapania, a jednak dające niebywałe efekty.

Tak, piszę nie unikając entuzjazmu, bez zjadliwości, bez dystansu. W wersji „rozszerzonej” trzy ostatnie utwory to szumy, doskonałe rekwizyty na sesje z akcją w okolicach cmentarza lub zamglonych wrzosowiskach. Wersja „standardowa” posiada utwór Justice, również rekwizyt, za to brakuje mu wybitnego utworu z wersji „rozszerzonej”, który sam nazywam „hymnem Sprawiedliwości”, choć jego tytułu prawdziwego nie znam.

Mógłbym dodać, że utwór Land od Witches mi się nie podoba.

Ale by wymieniać wady? O nie. Nie sądzę.

Muzyka tła: 3/5 – nazbyt podrywa do walki, ale jeżeli gramy w świecie fantasy i wiemy, że sesja będzie mocno nastawiona na konflikty, można ze spokojem wrzucić;
Muzyka sceny: 5/5 – mniej do potyczek i walki, bardziej do epickich bitew. Pierwsza liga, nie tylko do fantasy;
Muzyka chwili: 4/5 – niektóre kawałki da się wykorzystać jako samodzielne rekwizyty, wszystkie zaś niemal umożliwiaj zabawę narracją;
Muzyka drużyny: nie.










4 lut 2011

Święta trójca czadowej akcji


Pojawiły się głosy, że brakuje notek, które polecały by "po prostu" muzykę do walki czy do scen akcji. Planowałem to trochę później, ale z gapiostwa pójdzie dzisiaj. Mój Top 3, jeśli idzie o muzykę do scen akcji. Zanim jednak dojdziemy do polecanek - raz jeszcze przypominamy, że mile widziane są "zamówienia" i podrzucanie nam tematów. Taki koncert życzeń, to dla nas paliwo dla notek, więc piszcie o czym chcecie czytać, do czego potrzebujecie sugestii muzycznych.

A oto moje niezawodne kawałki:

John Frizzell - They Swim...


Muzyka do scen akcji musi ociekać dramatyzmem. W razie potrzeby (jak w tym przypadku) można pobawić się Audacity i wyczarować sobie utworek, pozbawiony przerw i cichych fragmentów. Nad tym siedziałem kilka lat temu przez dwadzieścia minut, wywaliłem kilka fragmentów, wkleiłem co nieco z innych fragmentów OSTa i tak służy mi do dziś.


John Powell - Tangiers


Utwory do scen akcji powinny napierdzielać adrenaliną. Powinny pompować tempo z minuty na minutę. I tak jest tutaj. Dramatyzm, tempo i świetnie, dobrane instrumenty - głównie mam tu na myśli sekcje perkusyjną. Jak w poprzednim przypadku smyczki odwalają sporą część roboty.


Hans Zimmer - Rock House Jail


Kawałki do scen akcji powinny być długie. Bo długie są fajne, jednolite a akcja w RPG to często dużo turlactwa. Nie ma to jak 10 minut filmowej klasyki Zimmera. Kiedy nie miałem "Tangiers" i "They Swim..." był okres, że ta kompozycja mi się przejadła, ale jutro powróci w łaski.


PS. Szukanie graficzek do notek bywa przezabawnym doświadczeniem. Tym razem startowałem od "action", "action scene", "chase", "chase scene", zniesmaczony wynikami wklepałem "shit blowing up". Bingo! Wśród kontrkandydatów znalazłem też to: http://coolgamingbros.com/images/shit-fucking-blows-up.jpg

27 sty 2011

Japońskie pitolenie, ostatnie natarcie – kompilacja

(Okazało się, że to nie bongosy, tylko kongi. Bongosy są małe. Kongi duże. Muszę zapamiętać.)

Dzisiaj będzie dużo muzyki, komentarze zaś jak najoszczędniejsze i – mam nadzieję – najtreściwsze. Przy każdym albumie dosłownie kilka zdań i sugerowane zastosowanie. Mam nadzieję, że takie rozwiązanie Wam się przyda – o japońskim folku powiedziałem już, co do powiedzenia miałem, a gdybym chciał wrzucić jako recenzje wszystkie albumy, musiałbym japoński miesiąc przełożyć na luty.

Osiem zespołów. Start!

Kiyoshi Yoshida - Asian Drums





Album w większości jest bardzo konsekwentny. Bębny i elektronika – bardzo dynamiczne, jednak przez klawisze czasem zdaje się nazbyt sielankowe. Przeznaczone do scen akcji, walk, ale raczej dynamicznych, niż epickich i śmiertelnie poważnych. „Fireworks” to chyba najlepszy kawałek. Album przerzedzony króciutkimi odskoczniami np. w stronę cytr, ale właściwie nie wymaga zbyt dużej uwagi, toteż po jednym odsłuchaniu i oddzieleniu ziarna od plew łatwo możemy przygotować muzykę uniwersalną do podkręcenia napięcia.

7 sty 2011

Bye Bye Pete

Jak wszyscy wiecie zmarł wybitny Pete Postlethwaite. Świetny aktor dalszoplanowy, którego nazwiska większość was nie znała do wtorku, choć rozpoznawaliście go na pierwszy rzut oka. Nie będę się zachwycał jego aktorstwem opowiadał, że jako jedyny na planie Romea i Julii zasuwał pentagramem jamnicznym, możecie o tym poczytać dookoła. Zamiast tego kilka polecanek z „jego” filmów.



Stephen Parsons & Francis Haines – Split Second Theme


Uwielbiam ten ociekający klimatem kawałek. Może to mieć związek z moją wielką miłością dla „W mgnieniu oka”. Świetnie wpasowuje się do opisu przyszłościowej metropolii, przykrytej smogiem, ale rozświetlonej neonami, wysokich wieżowców i helikopterów latających między nimi, rzucających snopy światła na ulice.



Hans Zimmer – Mombasa


Jeszcze nie miałem okazji wykorzystać tego kawałka na sesji, ale jestem przekonany, że spisze się wyśmienicie. Świetnie trzyma tempo, do tego ma te świetnie wpisujące się w klimat Incepcji „przeciągnięcia” („jęknięcia” czy jak to cholerstwo nazwać), pojawiające się m.in po 2:40.



Elliot Goldenthal – Agnus Dei


Pierwotnie miałem napisać całą notkę o muzyce z Aliena 3, ale boję się, że tekst byłby nieprzydatny, bo to OST świetny, ale zwyczajnie trudny w obsłudze. Dlatego podsuwam tylko jeden kawałek. Precyzyjniej – jego wycięty fragment, który w Ultima Thule posłużył mi do opisu bestii, na którą natrafiła wyprawa. W scenie tej grupa naukowców (w tym gracze) biegną do jednego z pomieszczeń, wiedzeni wołaniem o pomoc, pierwsi zatrzymują się w drzwiach, zszokowani widokiem, z tyłu kolejni wpadają na nich, w atmosferze paniki większość widzi jak monstrum kończy pożerać jednego nieszczęśnika i spokojnie, nie zważając na zamarłych w bezruchu ludzi wychodzi przez szerokie wrota po drugiej stronie.

19 lis 2010

„Tetsuoooooo!!! Kanedaaaaaa!!!”*, czyli wiatr nad Neo-Tokio


Muzyka z Akiry to rzadki klejnot. Może nie jest to najładniejszy soundtrack. Może nie zalicza się do moich ulubionych. Jednak znajduje się w grupce OSTów wyjątkowych, bardzo charakterystycznych i potencjalnie przydatnych na sesji. Mieści się u mnie obok Das Boot i Children of Dune.


Akira to cyberpunkowe anime z 1988 roku. W pewnych kręgach kultowy, ale wielu z pewnością go nie widziało, dzięki czemu nie powinni mieć zakorzenionych skojarzeń - a nawet jeśli, myślę, że nie gryzłyby się z atmosferą większości futurystycznych RPGów. Czynnikiem przemawiającym za tym albumem jest cały szereg długich i jednostajnych utworów, które nie rozbiją nam sceny nagłą zmianą nastroju.


Z drugiej strony, Akira jest tak cholernie wyjątkowym soundtrackiem, że kilka co ciekawszych utworów może być nie lada wyzwaniem dla MG - po prostu nie pasując do wizji, którą chcecie podsunąć graczom. A jednak warto wziąć je pod uwagę. Poniżej prezentuję trzy jasne perełki tego soundtracku.


Yamashiro Shoji – Kaneda


Rozpoczyna się od potężnego uderzenia, potem coś jakby przelatujący helikopter w deszczu. Bardzo sugestywne. Idealnie nadaje się na początek sesji i opis miasta tonącego w deszczu i migoczącego tysiącem neonów, M samochód bohaterów sunący w jego kierunku. Można też użyć „Kanedy” kiedy chcemy silnie zaakcentować przejście do kolejnej sceny lub aktu przygody. Postacie doszły do wniosku, że muszą udać się do więzienia i przesłuchać bandziora? Tym bardziej policyjne helikoptery będą na miejscu.


Yamashiro Shoji – The Battle Against The Clowns

(Uwielbiam scenę, w której ten utwór się pojawia – walkę na motocyklach, kolesia walącego w asfalt metalową rurą. - przyp. Aureus)


Niesamowity utwór do sceny walki lub pościgu. Choć odważny MG mógłby się tu porwać również na opis krótkich scen w których odprawiany jest jakiś rytuał lub konstruowana machina (np. na ziemiach klanu Kraba w L5K). To szaleńcza mieszanka wdechów, perkusji i syknięć. To zdecydowanie najbardziej charakterystyczny kawałek z tego albumu.


Yamashiro Shoji – Doll's Polyphony


Mój faworyt, najbardziej magiczna kompozycja Akiry. Jednocześnie mająca największy potencjał sesyjny. Clou tkwi w połowie drugiej minuty utworu. Do dziecięcych głosów dołączają tubalne głębokie głosy mężczyzn. Już pierwsza część jest dość niepokojąca, ma atmosferę niezwykłości. Część druga może nieść zagrożenie, lub coś widowiskowego, w jakiś sposób większego niż dotychczasowy obraz. Możliwych zastosowań jest multum. Po raz pierwszy użyłem tego utworu w psychodelicznej przygodzie, gdzie gracze natrafili na roboty przypominające ciekawskie dzieci. Zdezorientowali nie wiedzieli jak zareagować. W pewnym momencie do pomieszczenia wkroczyły inne maszyny. Potężne, poruszające się na gąsienicach, uzbrojone.


Wyobraźcie sobie dolinę we mgle, gdzie z białego obłoku wyłania się ścieżka ułożona z bram torii** i dopiero w pewnym momencie mgła rzednie na tyle, by można było ujrzeć ogromny budynek świątyni. Albo rytuał magiczny, w którym wpierw kapłan wypowiada magiczne słowa, wlewa wodę do czarek, ale i dopiero kiedy zmienia się muzyka, obserwujemy magię, która zaczyna działać.



A teraz spróbuję się wpisać w cenzurkę Aureusową:


Muzyka tła: 1,5/5 – Da się użyć Akiry jako tła. Ale raczej tylko w bardzo szczególnych przygodach, na granicy psychodeli, orientalnych klimatów i cyberpunka.


Muzyka obszaru: 4/5 – Soundtrack ten serwuje cztery utwory o ponad dziesięciominutowej długości. Wszystkie mają bardzo konkretny klimat i trzymają w miarę równe tempo, przez co są niemal stworzone do tego by w jakiejś długiej scenie puścić któryś i zapętlić, także ilustrując jakieś miejsce. Jest jednak haczyk: sądzę, że niektóre mogą męczyć np. „Illusion” jest idealny do orientalnej świątyni, ale może irytować. „Tetsuo” może wyprowadzić z równowagi chórami.


Muzyka przygody: 5/5 – Ta ocena to tylko kropka nad i dla akapitów powyżej. Z pomocą „Kaneda” i „Battle Against the Clowns” można stworzyć bardzo wyraźne obrazy. „Doll's Polyphony” może wręcz wyczarować kluczową dla przygody scenę.


Muzyka drużyny: Raczej tak.



* - http://www.youtube.com/watch?v=J4COLV6CleU – całkiem zabawne.

** - http://pl.wikipedia.org/wiki/Torii – bo Aure nie wiedział co to :P.

24 paź 2010

Niedzielne polecanki #12, #13

#12

Przez przypadek natknąłem się na bardzo ciekawą (to bezpieczne słowo) grupę zespołów (stworzoną przez słuchaczy, nie twórców) na LastFM, zwaną NeoMedieval. Niektóre z tych kapel są powszechnie znane i słusznie popularne, jak Faun czy Arcana, choć obecność tutaj Within Temptation i Dead Can Dance przypomina, co jest esencją darmowych serwisów, w których każdy może mieć swój udział (tak, mam na myśli bzdury).

Przede wszystkim jednak jest tu kilkaset zespołów które ledwie co nagrały album czy dwa w undergroundowych studiach, są praktycznie nieznane a przez to – ciekawe i wyjątkowe, nie narzucające konkretnych skojarzeń z innymi tekstami kultury (jak to często pojawia się przy soundtrackach).

Przykładowe odkrycie:


Tu w wersji z obciętym początkiem i zakończeniem:


Tradycyjna, arabska (bardzo wygodne słowo, gdy właściwie nie wie się, z jakiego ludu wywodzi się dany tekst kultury) pieśń w wykonaniu bretońskiej (chyba) harfiarki. I jest dobrze.

Zachęcam do własnych poszukiwań.

#13

Nowy współautor bloga „Graj Muzyką”, czy też mniej reifikując – po prostu Craven, za dawnych czasów („szczęśliwej, krwawej młodości”) już dawno temu wrzucił do sieci utwór, który potoczył za sobą łańcuszek skojarzeń prowadzących mnie bezpośrednio do dwóch kampanii L5K. Kawałek właściwie komiczny i pozbawiony choćby pozorów sensu, niemniej jego ogromna dynamika i często zmieniająca się, a przy tym wyrazista melodia są wybitne, o ile nie mamy nic przeciwko okołojapońskim nastrojom pulpy (trzymetrowi samurajowie z minigunami! Oczekujemy!).

Wersja ciekawsza, z elementami elektroniki:

Wersja bardziej tradycyjna:


Przykładowe sugestie narracyjne bazujące na anime „Samurai Champloo” (którego nie polecam):


Przykładowe sceny: walka; akcja; heroiczny, pulpowy pojedynek; stylizowana, japońska restauracja, w której kapela wykonuje niespodziewany, groteskowy utwór.

29 wrz 2010

Widokówka ze zrujnowanego miasta


Technology of Silence, twórczość pochodzącego z Rosji Denisa Romanova, stanowi przykład szkodliwości hobby z zakresu fantastyki. Stworzyć trzy darmowe albumy i singiel mające oddawać nastrój postapokaliptycznego miasta? Cóż za strata czasu.

Zdania na temat muzyki tworzonej pod patronatem Kaos ex Machina są różne, jednak TOS jest jedną z ich perełek. Poszczególne kawałki można ściągnąć z LastFM, zaś kompletne albumy na oficjalnej stronie w zakładce Discography. Albumy dostępne to Technology of Silence, Out from the Silence, Call of City oraz singiel A Boll With Performing Fleas.

(Swoją drogą, Denis musi mieć bardzo wysoką opinię na własny temat, gdyż bardzo łatwo natrafić na jego zdjęcia, zaś okładki zaprojektowane przez KeM są bardzo słabe. Projekt mocno kuleje od strony graficznej, jednak na Gwiazdę nigdy nie zabrakło miejsca.)

Założeniem zespołu jest odzwierciedlenie nastroju towarzyszącego życiu w pełnym zagrożeń i zniszczenia mieście – pozostałościach nuklearnego starcia. Stąd, podobnie jak w soundtracku do Robotici, mamy do czynienia z kompilacjami dźwięków nierzadko wymykających się tradycyjnemu postrzeganiu muzycznych instrumentów. „Perkusja” brzmi przez to bardziej jak raperskie bity, poszczególne dźwięki bywają monotonne (jako wyraźnie powtarzane z niewielkiej puli lub zapetlające konkretny wyrywek dźwiękowy), często pojawiają się też dźwięki mające zapewne kojarzyć się z wielkimi fabrykami, maszynami i futuryzmem. Regularnie pojawiające się klawisze mają swoje lepsze i gorsze chwile, jednak to głównie one warunkują obecność melodii w utworze. Wokalu praktycznie brak.

Dotychczas moje słowa można odbierać jako niechętne, sceptyczne. Prawdą jest, że zdecydowana większość utworów ToS brzmi podobnie do siebie. Zwykłe szumy, trzaski, rzadkie zmiany tempa. Nuda. Warto się jednak przemóc i oddzielić ziarno od plew – niektóre kawałki, choć zalatują amatorszczyzną, da się naprawdę dobrze wykorzystać.

Kawałki świetnie wpasowują się w sesje postapo (nagminnie używaliśmy ich w Neuroshimie), zwłaszcza jako podkreślenie atmosfery zagrożenia, upadku i rezygnacji. Przygnębiające utwory raczej nie wspierają konwencji heroicznej, stąd powinni po nie sięgnąć raczej prowadzący sesję na temat desperackiej walki o przetrwanie, nie bohaterskiego pojedynku na lightsabery z Molochem.

Niektóre utwory posiadają niezły potencjał do wykorzystania w świecie gry. A Boll With Performing Fleas lub Affectionate Song Of Radiation mogą wspierać opis deszczu; Call of City czy Greatings from USSR zawierają motywy łatwo nasuwające obraz starego radia w ruinach miasta; Broken Radiola zawiera dźwięki mogące przedstawić odgłosy maszyny Molocha.

Tytuły zresztą są całkiem inspirujące i pomagają powiązać zasłyszany utwór z jakąś scenerią – bardzo dobry materiał na improwizację. Znajomy podczas prowadzenia sesji potrafił czasem zmieniać narrację według tego, co akurat rozbrzmiewało w głośnikach – efekt był bardziej, niż zadowalający. Sporo znaleźć też można utworów dynamicznych, mogących wpasować się nie tylko w sceny akcji, ale i w walkę.

Technologia Ciszy – dosyć sztampowa nazwa, nawiązująca najwyraźniej do nieco już wyświechtanych oksymoronów (w stylu „cisza między nami krzyczy”). Powierzchnia pod nią skrywana też na pierwszy rzut oka nie zachęca do zagłębiania się – monotonia, brak znajomej nam naturalności, na dłuższą skalę męczące dźwięki, ogromna umowność (skoro jesteśmy świeżo po wojnie nuklearnej, to technologia pozwalająca na tworzenie elektro raczej się nie powinna rozwijać – ludzie powinni tworzyć nowe bębenki z radioaktywnej skóry). Jednak jak na darmową, eksperymentalną muzykę ma coś wyjątkowego dla swej konwencji – melodię. Otrzymujemy nie tylko zbitkę nastrojowych dźwięków, ale też faktyczną Muzykę, której da się słuchać. To już naprawdę coś.

Muzyka tła: 2,5/5 – jeżeli gramy w świecie futurystycznym, ToS się nada – niestety, bez wcześniejszej selekcji po godzinie czy dwóch może nużyć;
Muzyka obszaru: 3.5/5 – to nie są albumy przedstawiające postapokaliptyczne ruiny, lecz ilustracje ich nastroju. O ile więc nie przejmujemy się brakiem motywacji w świecie gry, możemy na podstawie samego ToSa stworzyć składankę „postapo”, która nam będzie służyć długo i wiernie;
Muzyka przygody: 3,5/5 – bardzo duża rozpiętość utworów pozwala świetnie podeprzeć sesje w klimatach s-f lub fantasy w przyszłości. O ile uda nam się przemóc do wykopania perełek, możemy zdobyć świetną muzykę dostosowaną do konkretnych scen;
Muzyka drużyny: Nie.

Więcej o ToSie w niedzielę!





26 wrz 2010

Rzut okiem: Dragon Age soundtrack


Przyznam szczerze, że nie mam weny ani nastroju na wygrzebywanie polecanki. Pomijając chorobę, z której właśnie wychodzę, jestem świeżo po zakończeniu „przygody” z grą Dragon Age: Przebudzenie, która jest strasznie słaba. Niedzielny wpis poświęcę więc kilku słowom o soundtracku do DA. Taka recenzja w wersji zubożonej.

Lubię, względnie, twórczość Inon Zura. Jak podaje Last.fm: „Skomponował muzykę m.in. do gier: Icewind Dale II, Baldur’s Gate II: Throne of Bhaal (nie mylić z samym BG2 - Aure), Fallout 3, Prince of Persia, Crysis, Warhammer 40,000: Dawn of War, Lineage II, Fallout Tactics”.

Jestem ciekaw, co sprawiło, że muzyka do DA jest tak marna.

Właściwie cały album (18 utworów, a tylko 36 minut!) został wypluty na jednym motywie. Zaletą albumu jest bardzo stabilny nastrój, dzięki czemu możemy sobie go puścić jako tło do k6 scen fantasy. Nastrój ten określić można jako nijaki. Niby coś się tam dzieje – to jakieś trąbki, to bębny (bo jak wojna, to wiadomo, muszą być bębny, choćby nie miały nic wspólnego z marszem), to smyczki, to jakaś śpiewająca laska śpiewająca glosolaliami (akurat śpiew bez słów bardzo cenię). Szkoda tylko, że muzyka niemal identyczna pojawia się 3k20 filmach i grach o tematyce bliskiej fantasy.

Po co o tym piszę? Gdyż sam bardzo często nawet, gdy nie sięgam po jakąś grę, sprawdzam, czy ma ciekawy soundtrack. Odpowiednia muzyka jest w stanie dać mi świetne tłu do rozmyślań lub snucia w wyobraźni fabuł i historii, o sesji nie wspominając.

Niezależnie od intencji – po muzykę do DA nie sięgajcie. Moim zdaniem nie warto.

Podobnie omińcie Przebudzenie. Dragon Age: Początek jest fajną grą, ale Przebudzenie to porażka.






(Obrazek to screen zrobiony w grze. Jak widać, fantastyka z założenia przeznaczona jest do rozwijania miłości do świata i chęci niesienia pomocy bliźnim.)

19 wrz 2010

Niedzielna Polecanka #11

Utwory krótkie, właściwie klasyczne. Próbuję przerwać ciąg polecanek-smętów, nie jednak nazbyt drastycznym przejściem.

Chociaż oba utwory pochodzą z gier cRPG (pierwszy – z drugiej części Wrót Baldura, drugi – drugiej części Doliny Lodowego Wichru) i wykorzystywane były w scenach walk, dla mnie nasycone są pewną nutą nostalgii. O ile świetnie pasują do nadejścia bitwy, pierwszy z nich ma w sobie element grozy, strachu. Drugi – desperacji. Oba przez to tracą na heroizmie – co dla mnie jest tym cenniejsze.


18 sie 2010

Ze śmietniska wyższych sfer


Nid w swojej recenzji Houses of the Blooded zawarł informację o możliwości zakupu oryginalnego soundtracku do tego systemu. Pierwszą z mych myśli było: "fajnie!". RPGi posiadające własną ścieżkę dźwiękową? Osobiście marzę o czymś takim – zwłaszcza, że sporo fajnej muzyki nagrać można amatorskimi metodami, bez wynajmowania studia (jakże kosztownej zabawki).

John Wick sprzedaje ten album w całkiem fajnej oprawie. Po pierwsze – kupując przez sieć, płacisz za całość tylko 5 dolców i ściągasz pliki (dla obywatela Stanów ile to jest? Jeden wypad do McDonalda?). Po drugie – album The Blood Opera Suite został opisany jako część jednej z ostatnich oper Shivon Mwrra (jak to wymówić?), zatytułowanej No More Roses. Opis sugeruje, że sama opera jest bardzo emo. Nie zdradza jednak, że z jakiegoś powodu jest pozbawiona śpiewu, zawiera tylko muzykę (ładna mi opera). Stąd poszczególne kawałki noszą tytuły nawiązujące do odpowiednich scen (The Servants, The Second Duel, The Decision).

Wick podaje: "The Blood Opera Suite is an atmospheric soundtrack for your Houses of the Blooded game. Over an hour from the long–lost No More Roses opera, The Blood Opera Suite is a perfect sonic weapon for your Houses of the Blooded games". Zasadniczym klimatem HotB jest dworskie bytowanie grupy potężnych arystokratów. Czy album faktycznie realizuje obiecany potencjał "perfect sonic weapon"?

Zacząć należy, że chociaż nie znam się na polskim prawie, to wydaje mi się, że album został przypadkiem wrzucony do sieci za friko. Wystarczy wejść na oficjalną stronę systemu i można odsłuchać wszystkie kawałki za friko. Fajnie? Pewnie, tyle tylko, że wszystkie te utwory od razu wpadają nam do "temporary internet files", więc wystarczy po zbuforowaniu kawałka skopiować go do innego katalogu. Nie wiem, czy korzystanie z tempów, jakie się dostaje z oficjalnej strony jest nielegalne, ale jeżeli nie, to identyczny zabieg można przeprowadzić na wspaniałym OST z Labiryntu Fauna. (Będę bardzo wdzięczny za poradę prawną.)

Pomijając ten nie do końca udany zabieg, przejdźmy do zawartości płyty. Jest strasznie słaba.

Nie mam może pod ręką słownika terminów muzycznych, jednak jestem przekonany, że opera to coś więcej niż nudne pogrywanie tła, jakaś swobodna gitarka i przenikliwe melodyjki na keyboardzie. Dlatego odrzućmy cały ten klimatyczny bełkot sprzedawcy na muzycznym jarmarku i zakodujmy sobie album jako ambient&friends.

Jako jednak, że sam bardzo ambient lubię i słucham go w dużych ilościach, nie potrafię się przekonać do tego albumiku. Przede wszystkim jest monotonny. Istnieje kilka utworów o mocno zarysowanej, charakterystycznej melodii, jednak większość przemyka nie zwracając uwagi słuchacza. Nieco wybijają się pod tym względem trzy tzw. "bonus tracks" (? – najwyraźniej twórca nie miał pomysłu, jak je wstawić do swej "opery", a nie chciał ich marnować). Dźwięki są sztuczne – najbardziej przeszkadza to przy stylizacji na orkiestrę (My love, goodbye). Większa część albumu składa się z elektroniki oraz efektów zabaw z różnymi brzmieniami klawiszy. Teoretycznie kawałki można wykorzystać do bardzo różnych scen o różnym stopniu dynamiki, cóż jednak, skoro wszystkie budzą niechęć i znużenie?

Płytę da się zastosować jako wzbogacenie już istniejących w naszej kolekcji albumów. Na przykład Overture świetnie wpasuje się w soundtrack z Arcanum, poszczególne Duele można wpisać w składanki z muzyką bitewną, Temple of the Sacred Harlot (IMO najlepszy kawałek na płycie) jednoznacznie kojarzy się z krainami arabskimi,

Muzyka tła: 2/5 – lepsze to, niż głucha cisza, jednak z kilku kawałków trzeba zrezygnować – nie puszczać więcej, niż raz na dwie, trzy sesje;
Muzyka obszaru: 2/5 – kilka fajnych utworów da się wykorzystać do wzbogacenia naszych składanek, chociaż raczej zostaną wyparte przez lepsze zespoły;
Muzyka przygody: 1,5/5 – w założeniu album miał właśnie ten nurt wspierać. No cóż, nie wyszło;
Muzyka drużyny: Nie.

Jak się sprawdziło na sesji: nie sprawdzałem i w zdecydowanej większości nie sprawdzę.

Wszystkie utwory do odsłuchania tutaj. Polecam numery 1, 7 (zwłaszcza), 13 (choć z przymrużeniem oka).

Więcej o albumie w najbliższą niedzielę.

28 lip 2010

Front Line Assembly – Artificial Soldier


Dzisiaj publikuję pierwszy tekst gościnny. Jest to ponownie recenzja, jednak mój wkład w nią ograniczył się do korekty i kodowania. Wspomnę, że jestem zawsze otwarty na współpracę, nawet na współautorstwo bloga.

Autorem tekstu jest Miszcz Czarny.

Wszystkie utwory-przykłady załączam jako utwory ze Wrzuty na dole notki.




Muzyka elektroniczna cieszy się złą sławą. Pierwszym skojarzeniem bywają umięśnieni, ogoleni na zero mężczyźni w gustownych dresach; technogoci w zabawnych strojach; lub imprezy na blokowisku. Jest to obraz nieco krzywdzący, gdyż techno i elektro mają wiele obliczy. Postaram się dowieść, że można wspomniane rodzaje muzyki wykorzystać na sesjach RPG z dużym powodzeniem.

Front Line Assembly to zespół tworzący złożone, dość awangardowe kompozycje, plasujące się gdzieś na granicy różnych gatunków elektronicznych. Można twórczość grupy określić jako stechnicyzowaną, dobrze zrytmizowaną i pełną wyobraźni podróż w groteskowy świat postapokaliptyczny. Od razu nasuwa się skojarzenie z rodzimą Neuroshimą – jak najbardziej trafnie. Łatwo też sobie wyobrazić inne systemy, gdzie piosenki FLA sprawdziłyby się świetnie – Wolsung, Dark Heresy, Cyberpunk... Gama zastosowań jest bardzo duża, ponieważ w muzyce i tekstach z Artificial Soldier znajdują się tak nawiązania do końca świata, jak i postmodernistycznych społeczeństw, sztucznej inteligencji, systemów totalitarnych, wojny, rzeczywistości wirtualnej i wielu innych wątków. Krążek może nie przypadnie do gustu każdemu, jednak z pewnością znajdzie wielu fanów pośród zwolenników muzyki elektronicznej. Ostre dźwięki i przemyślane kompozycje mogą też zachęcić sympatyków „ciężkiego brzmienia”.

Poniżej kilka przykładów zastosowania płyty podczas sesji:

Social Enemy – tajemniczy początek: dźwięki kojarzące się z rozrostem maszyny, ustępującej szybkim pojazdom, wyścigowi, może wystrzałom dział i parciem ciężkiego sprzętu na front. Wszystko przepełnione elektroniką i sporym dynamizmem, czuć narastające napięcie i siłę wojsk, czy też innych formacji (policja? służby porządkowe w państwie totalitarnym?). W połączeniu ze świetnym, nostalgicznym wokalem (tekst też niczego sobie - pełen smutku i rozczarowania, głos beznamiętny i elektroniczny) daje to bardzo ciekawą mieszankę.

The Storm – jeden z najciekawszych utworów, odznacza się łatwo wyczuwalnym rytmem i narastaniem kolejnych warstw muzyki. Motyw przewodni jest bardzo charakterystyczny i wpadający w ucho, kojarzy się trochę z kosmosem, ale też z wielką imprezą w barze z milionem neonów, droidami do tańca i toksycznymi drinkami. Z powodzeniem można sobie wyobrazić postacie (np. kosmitów) tańczących do tej muzyki. Z drugiej strony, może to być motyw przewodni drużyny lub ważnej postaci czy grupy (np. mafii). Warto zwrócić uwagę na seksowny głos wokalisty (może jakiś futurystyczny dom uciech?).

Unleashed – początkowe dźwięki kojarzące się ze spawaniem kabli, przeskakującymi iskrami i światłami włączanych kontrolek, budują niesamowity klimat. Po chwili przechodzą w melanż przerobionego elektronicznie głosu i coraz agresywniejszej, narastającej kakofonii dźwięków. Kojarzyć się to może z inwazją maszyn na nic nie spodziewającą się wioskę; pojedynkiem z gigantycznym androidem; statkiem wychodzącym z nadprzestrzeni czy bombardującym stację kosmiczną. Ważna jest skala –piosenka nie nadaje się do małej potyczki z mutantami – potrzebuje czegoś naprawdę wielkiego i potężnego, a najlepiej szalonego – na co wskazuje późniejsza część utworu.

Beneath the Rubble – sam tytuł mówi wiele. Tajemnicze znalezisko pod gruzami miasta albo w kanałach szybko okazuje się jajem obcej formy życia, lub ukrytym od lat silosem nuklearnym. A może pod Nowym Jorkiem czeka armia robotów, czekających na aktywację? Piosenka pasuje również do settingów z systemem totalitarnym w roli głównej – nienawiść i rozpacz wokalisty przesiąkają gdzieś pomiędzy elektronicznymi samplami. Aż chce się chwycić za broń i walczyć ze znienawidzonym systemem. Zwłaszcza, że czuć cały czas nadzieję.

Buried Alive – najbardziej dynamiczny kawałek. Pełen eksplozji, napięcia, nienawiści i rozpaczy. Niczym pęd w wirtualnym pojeździe, gdzieś w szalonym umyśle sztucznej inteligencji (por. film TRON). Obok desperacji i strachu czuć podniecenie – jak podczas biegu po dachach wieżowców i wymiany ognia z osaczającymi nas wrogami. Warto też zwrócić uwagę na momenty wyraźnego spowolnienia i wyciszenia – idealny moment, by, jak w Matrixie albo w grze Max Payne, zatrzymać czas i pozwolić naszym graczom rozkoszować się ogromem zostawionych przez nich zniszczeń. A obok, obowiązkowo, zwolnione pociski, mijające ze świstem twarz.

Oczywiście nie są to wszystkie utworu z płyty Artificial Soldier, a krążek ten nie jest jedynym wartym uwagi dziełem zespołu Front Line Assembly. Szczególnie warto poznać album Fallout, na którym znajdziecie wersje oryginalne piosenek z Artificial Soldier (która składa się głównie z remixów) oraz kilka innych, równie ciekawych kompozycji.

Ocena
Muzyka tła: 1/5 – utwory są nazbyt dynamiczne, wpadające w ucho, drapieżne i głośne. Nieustannie zwracają na siebie uwagę;
Muzyka obszaru: 4/5 – praktycznie każdy utwór narzuca wizję jakiegoś obszaru. Świetnie nadaje się jako wsparcie tak dla wyobraźni graczy, jak i dla inwencji Mistrza Gry;
Muzyka przygody: 5/5 – trudno o równie dobrą muzykę inspirującą scenariusz. Pomysły aż krzyczą z piosenek, obrazy wydarzeń rzucają się na uczestników zabawy i nie puszczają ich aż do końca. Muszą to być jednak wydarzenia spektakularne i dynamiczne – do biesiady w tawernie raczej się nie nadają. Za to do wysadzenia w powietrze całego świata – jak najbardziej. Najlepiej sprawdzałaby się w wielkich, futurystycznych metropoliach, na statkach kosmicznych, postapokaliptycznych szosach, laboratorium szalonego naukowca czy zapomnianych bunkrach;
Muzyka drużyny: Nie.





14 lip 2010

Muzyka Jadeitowego Imperium


Muzykę pochodzącą z bardzo dobrego action cRPG “Jade Empire” (dołączaną w Polsce do gry) planowałem przesłuchać na fali mego zainteresowania kulturą państw wschodnich. Okazała się wywołać mieszane uczucia. Na pytanie “czy Amerykanin (w tym przypadku Jack Wall) jest w stanie wiernie odzwierciedlić etniczną muzykę Chin?” odpowiedź otrzymałem jednoznacznie negatywną. Nie wykluczyło to jednak wysokiego poziomu muzyki i jej przydatności podczas sesji Legendy Pięciu Kręgów.

Zabierając się za przesłuchanie albumu trzeba mieć świadomość, że nie otrzymujemy muzyki jednoznacznie chińskiej – jest to zdecydowanie ludyczny world music, wychodzący poza kręgi medytacji, a zaspokajający standardowe wymogi soundtracku do gry akcji. Utwory są zazwyczaj dynamiczne, krótkie (średnio trwają nieco ponad dwie minuty) i bazują na konkretnym motywie. Na szczęście nie ma w tym typowej dla soundtracków tendencji do motywu “naczelnego”, który próbuje się wcisnąć w niemal każdy kawałek.

Największą siłę płyty w kontekście sesji stanowi właśnie długość utworów. Odsiewając ziarno od plew, otrzymujemy około piętnastu kawałków, doskonałych na potrzeby scen, podczas których rozgrywamy pojedynki, bitwy, wprowadzamy retrospekcje lub postać, do której “przywiązaliśmy” konkretny kawałek. W efekcie praktycznie nie jesteśmy w stanie stworzyć na ich bazie muzyki tła (w tym celu używam folku japońskiego).

Jeżeli prowadzący nie daje się wybić z rytmu przez zmienianie utworów, może osiągnąć ogromną pomoc narracyjną - na ten temat jeszcze wspomnę w osobnym tekście w sierpniu. Jade Empire został wzbogacony o utwory albo wspierające lęk i poczucie epickiego zagrożenia (chociażby znakomite “Anthem of the Tyrant”) albo sielankę i radość (charakterystyczny jest chociażby tytuł utworu “The Tea House”) lub nawet nostalgię i refleksję (wybitny, choć w żaden sposób nie przypominający muzyki chińskiej “The Waterdragon”).

Jak więc stosować soundtrack z Jade Empire? Właściwie każdy z dobrych utworów ma potencjał by stać się kawałkiem charakterystycznym dla konkretnej sceny / elementu sesji. Od samego początku można wykorzystać dany utwór jako silnie sprzężony z wybranym NPCem, przedmiotem lub lokacją. Można też pozostawić dużą część kawałków na sesję finalną, zawierającą dużo akcji i zakładającą, że niemal żadna scena nie zabiera więcej niż pięć, dziesięć minut – w takim wypadku nawet zapętlanie utworów nie zostanie zarejestrowane, a podkreślić może wyjątkowość danej sytuacji. W praktyce ścieżce z Jade Empire zawdzięczam, poza świetnymi graczami, jedną z najlepszych sesji mego życia.

Wspominałem o utworach “dobrych”. Owszem, soundtrack nie uchronił się też od kawałków bardzo nudnych – są to przede wszystkim różnorakie “szumy”, w grze sprawdzające się nieźle w lokacjach związanych z cmentarzami, zjawami czy krótkimi, złowrogimi snami. Poza grą nie oferują jednak nic ciekawego i lekką ręką około tuzina utworów można po prostu odrzucić, zastępując je czymś ciekawszym – nie jest trudno znaleźć lepszą muzykę do sceny na tle grobowców.

To właśnie duża ilość kawałków słabych uniemożliwia nadania Jade Empire Soundtrack najwyższej noty. Drugim powodem jest częste przenikanie motywów “chińskich” ze standardowymi z soundtracków amerykańskich. A że muzykę dostaje się jako gratis do całkiem dobrej gry, naprawdę jest warta kilku złotych.

Ocena:
Muzyka tła: 1/5 – zbyt różnorodna mieszanina nastrojów, wymagająca przemyślanej selekcji;
Muzyka obszaru: 2,5/5 – można efektywnie wesprzeć różne składanki (walka, podziemia, orientalne miasto), jednak żadna nie otrzyma więcej, niż trzy ciekawe (a przy tym bardzo krótkie) utwory;
Muzyka przygody: 4/5 – wiele charakterystycznych kawałków świetnie wesprze atmosferę orientalnego niebezpieczeństwa i epickiego nastroju. Niestety – są też utwory słabsze lub niekonsekwentnie łączące orient z muzyką amerykańską;
Muzyka drużyny: Tak.

Jak się sprawdziło na sesji: wybitnie.

Reprezentatywne utwory:





Tekst pierwotnie pojawił się na Wieża.org , dziękuję za jego zredagowanie Thoctarowi.