Pokazywanie postów oznaczonych etykietą folk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą folk. Pokaż wszystkie posty

17 kwi 2011

Wiedźmin (film) – soundtrack

Po przeczytaniu opowiadań + k3 tomów słynnej Sagi i po przesłuchaniu oszałamiającego soundtracku do filmu Wiedźmin nie mogłem uwierzyć, że jest to tak niemiłosierna kupa. Zresztą nie wyróżniam się z tłumu – film zyskał na Filmwebie średnią z ponad dziesięciu tysięcy głosów 3,8. Jeżeli to nie wystarczy, by uwierzyć, że jest to produkcja stworzona z najczystszej esencji publicznego szaletu, to ja nie wiem, co.

Zła opinia krążąca wokół filmu sprawiła, że jego soundtrack odszedł w niepamięć. Niezła gra komputerowa The Witcher została obdarzona muzyką dość przeciętną, a jednak da się na nią trafić niemal wszędzie.

Wierzcie lub nie, ale wpis ten umiejscowiony jest w cyklu, który osobiście nazywam „Top X albumów z fantastyki”. Gdybym miał zrobić listę dwudziestu albumów, które poleciłbym każdemu chcącemu pograć w konwencji fantasy, ten OST pojawiłby się tam bez wątpienia.

Vade mecum.

----



Łał. Czego tu nie ma. Niezwykle wyraźny rytm prawdziwych bębnów, klawisze, na czele kobiecy wokal, chóry w tle, trąby, elektronika, talerze, uf. Aż trudno się połapać. Zmiany w obrębie tych pięciu minut są przytłaczające: to instrument dochodzi, to zmienia się melodia, przejście, wokal w tę, tamtą – czyste szaleństwo. Nie mam pojęcia, w jakim kontekście pojawia się ten kawałek w filmie, jednak jeżeli chciałbym wydobyć utwór mający rozpoczynać każdą sesję heroicznej kampanii stylizowanego na średniowiecze fantasy – to jest mój typ. W sam raz na sesje opierające się o patos i / lub wzniosłość.

To jest w gruncie rzeczy niezwykłe – jednocześnie Ciechowski stworzył utwory, w których dzieje się niezmiernie dużo, a przy tym można je ze spokojem wykorzystywać jako muzykę tła czy sceny, nie tracąc przy tym na wartości jako muzyka chwili. Trzymający w napięciu, świetny do scen walki Zew wilka

czy niemalże żywcem wyrwana z katedry Oniria

stanowią jednocześnie kopniak dla wyobraźni i materiał na składanki pokroju „walka” czy „sacrum średniowieczne”.

To zdecydowanie wzniosłe i patetyczne kawałki są największą zaletą albumu. Da się jednak znaleźć nieco sielanki, jak wymownie zatytułowane Leczenie ran

i jedyny ciekawy utwór z tekstem, jakim jest niezapomniane Zapachniało jesienią.

[b]Najsłabszym[/b] aspektem jest zbiór Rad Jaskra, brzmiących jak wata cukrowa maczana w kompocie truskawkowym („miłości nie uciekniesz więc poddaj się jej”)

Do słabych kawałków należy też Uciekajcie (zmodyfikowana wersja samego początku Zewu wilka), nudna Ballada dla Yen i bazujący na tej samej melodii Jak gwiazdy nad traktem przypominający Baśka miała fajny biust. Tyle o syfie.

O ile dobrze rozumiem, album ten jest ostatnim ukończonym projektem Ciechowskiego, który udało mu się zamknąć przed niespodziewanym zgonem. Patrząc nań powiem szczerze – choć nie jestem fanem twórczości tego muzyka, to myśląc, że mogło powstać więcej równie genialnych albumów, niewielu twórców tak bardzo mi brakuje na polskiej scenie muzycznej. Cytuję jego wypowiedź ze strony internetowej:

„Długo zastanawiałem się razem ze scenarzystą, jaka to ma być muzyka, i w jakim stylu. W końcu doszliśmy do wniosku, że musi być poza wszelkim stylem. Powinna być na tyle dystynktywna i rozpoznawalna, aby określała tamtą rzeczywistość i jednoznacznie kojarzyła się z "Wiedźminem".”

Doskonała decyzja. Jej efekt: jeden z najlepszych soundtracków, jakie znam. Zdecydowanie wart zakupu

Muzyka tła: 2/5 – po wywaleniu słabizny można puszczać przy sesjach fantasy, w czasach gimnazjum robiliśmy to cały czas;
Muzyka sceny: 3,5/5 – składanki tyczące się walki, patosu, kobiecego śpiewu, karczm, melancholii naprawdę można wzbogacić;
Muzyka chwili: 5/5 – trochę naciągam. Koło ośmiu utworów jest wartych śmietnika. Za to reszta – mistrzostwo;
Muzyka drużyny: Tak.




6 lut 2011

Niedzielna polecanka #22; Konkurs Barbary Karlik

Niedzielna polecanka #22

W moim życiu było niewiele Poważnych sesji. Jest to zapewne powiązane ze mną, jest zapewne z moimi graczami – jedynie jedna na kilkanaście sesji, w których uczestniczę, nie ocieka offtopem, przedrzeźnianiem się, wyśmiewaniem i dziwacznymi aluzjami. Fakt, że właśnie sesje "poważne" najmilej wspominam, nie staram się jednak do nich dążyć ze wszystkich sił. Zbyt często one nie wychodziły, bym zakładał, że wynikają one z czegoś innego, jak tylko przypadku i akurat stosownego nastroju graczy.

Stąd też raczej rzadko mam potrzebę umiejscowić w grze jakieś elementy z góry humorystyczne. Co, po dłuższym zastanowieniu, być może jest wadą. W końcu czyż nie byłaby radosną chwila, gdy gracze wkraczają do karczmy i zostają przywitani jednym z tych oto utworów:



Toteż ujrzeć na rynku taki to, ekhem, spektakl – niewiele trudu wymaga wyobrazić sobie w miejscu papierowych postaci faktycznych aktorów:


Powyższe przecież równie dobrze wpisać można w Zapomniane Krainy, Stary Świat jak i Śródziemie. Klasyczne światy fantasy są przecież nie tylko zbitką przemocy i nawalanki, a ludzie na jarmarki i do gospód chodzą nie przez przypadek.

Z pewnością jednak spróbuję w ramach Evernighta umiejscowić kiczowatego Wielkiego Złego, który przed kluczową walką zorganizuje prawdziwą scenę taneczną – podczas której zaśpiewa sobie tak:

(Utwór poznany na blogu Cravena – dzięki!)

Oczywiście w czasie tym gracze będą mieli czas na strategiczne ustawienie się w komnacie i przygotowanie do walki.

Czy to przejdzie? W Evernight? Na pewno.

Konkurs Barbary Karlik

O twórczości Basi miałem już przyjemność pisać, nie byłbym zaś Samozwańczym Wielkim Fanem, gdybym nie przekazał ciekawej nowiny. Harfiarka zorganizowała konkurs na tekst utworu. Termin mija wraz z lutym, zaś wymagania ograniczają się do tematyki (inspiracja książkowa, najlepiej fantasy / SF). Sam nie mam pomysłu i talentu ku temu, jednak być może Wy będziecie mieli przyjemność wygrać usłyszenie Waszego tekstu w muzycznej formie podczas Pyrkonu i / lub zyskać prawo do zamówienia prywatnego koncertu.

Powodzenia. : )

30 sty 2011

Niedzielna polecanka #22; Podsumowanie stycznia


Niedzielna polecanka #22

Gu-qin to jeden z najciekawszych instrumentów, jakie znam. Jak wszystko, co chińskie, jest wypchany symboliką w każdym calu, ma niezwykle ważną rolę w kształtowaniu się muzyki swojego kręgu kulturowego, a jednak grają na nim nieliczni. Rzadkie nagrania są często o słabej jakości zapisu (jak chociażby świetny utwór Shenren Changa), nie jest to więc też najbardziej znany instrument. Chociaż trochę pomógł mu Hero (utwór "In the chess court" jest elementem soundtracku, polecam całość), do porównania od 1:15:

Jako jednak, że utwory na Wikipedii nie są fenomenalne (co nie znaczy, że nie da się ich wykorzystać), można pobawić się jeszcze tym (podobno niektóre z nich to koto, ale coś różnicy nie słychać):









Kiedyś sprezentowałem postaciom w L5K ozdobny gu-qin. Założenie mechaniczne: jeżeli gra na nim ktoś o rozwiniętej Muzyce, po każdy wydaniu punktu pustki gracze wykonują test pustki o ST 20. Jeżeli im się uda, nie tracą punktu.

Gracze nie użyli gu-qinu ani razu. Bo nie chcieli ciągać za sobą grajka. Toteż albo grali na nim poza walką, dla zabawy, albo wcale.

Wskazówka: następnym razem gu-qin będzie grał sam z siebie. I będzie świetne źródło muzyki umotywowanej.

Ilustracja pochodzi z Wikipedii. Wspaniała jest korona tego drzewa.

Podsumowanie stycznia

Miesiąc największych porażek: pominięcie jednego wpisu niedzielnego (Khakon), dwie obsuwy środowe (grałem na kongach). Niby nic, jednak plama na honorze pozostaje.

W dodatku pomyliły mi się już numery polecanek. Eh.

Jako, że Abbadon nie daje znaku życia, wykreśliłem go z ramek aktualizacji. Jest jednak szansa, że już w poniedziałek zobaczycie wpis nowej autorki. Zapraszam do zwiedzania, gdyż takiej muzyki jeszcze u nas nie było. Rozmowy o współpracę toczą się jeszcze z dwoma osobami, mam nadzieję też na przynajmniej jeden tekst gościnny.

Oczywiście zachęcam wszystkich zainteresowanych do współpracy.

Blog się nieco rozwinął. Zainstalowałem u góry strony działy z informacjami, które powinny sporo ułatwić. A że dużo osób trafia na blog przypadkiem, szukając konkretnych zespołów, dział „Czym są gry fabularne?” uznałem za konieczny. Dział „Język naszych notek” precyzuje pojęcia, które dawno temu definiowałem, jednak dla niektórych mogą być już niejasne (warto zwrócić uwagę, że zmieniłem kilka terminów).

Khaki to mistrz świata i każdy o tym wie, niemniej szczególnie ważne jest, że rozpoczął nową inicjatywę okołomuzyczną. Stworzył stronkę, która pomaga za darmo poszukiwać muzyki na sesję, odtwarzać ją gdziekolwiek i ściągać w razie potrzeby. Fajnie, nie? Prawdopodobnie będę przy tym kręcił trochę więcej.

Niby codziennie są dziesiątki wejść na stronę, a jednak w ankiecie tegomiesięcznej uczestniczyło tylko sześć osób:
Czy kategoria "Muzyka drużyny" w recenzjach jest według Ciebie przydatna?
Tak 4 (66%)
Nie 2 (33%)

Tym sześciu osobom dziękuję, a na potrzeby czwórki kategoria „Muzyka drużyny” będzie się pojawiać w reckach. Na stronie jest już kolejna ankieta – na temat ilości utworów przy aktualizacji. Zachęcam (może nieudolnie, ale zachęcam) do ankietowania.

Wiadomość: jeżeli napisałeś kiedyś notkę na temat muzyki, inspiracji muzycznych lub prowadzisz jakikolwiek projekt związany z muzyką w RPG – podeślij mi link, to wrzucę go do linków na blogu.

Notki styczniowe:

Miesiąc z mojej strony miał mocno zarysowany temat, obracający się wokół japońskiego folku. Myślę, że wszyscy fani Bushido, Blood & Honor i L5K znajdą w nim coś dla siebie.

Recenzje:
Japanese Melodies for Flute and Harp http://rpgmuzyka.blogspot.com/2011/01/styczen-miesiac-japonskiego-pitolenia.html
Gagaku http://rpgmuzyka.blogspot.com/2011/01/kunaicho-gakubu-japanese-traditional.html
Dwa albumy na flety i cytry http://rpgmuzyka.blogspot.com/2011/01/flet-i-cytra-ciag-dalszy.html

Polecanki:
http://rpgmuzyka.blogspot.com/2011/01/polecanka-18-podsumowanie-grudnia.html
El-Hadra http://rpgmuzyka.blogspot.com/2011/01/niedzielna-polecanka-19.html
Wyznania Gejszy: http://rpgmuzyka.blogspot.com/2011/01/niedzielna-polecanka-20.html
http://rpgmuzyka.blogspot.com/2011/01/niedzielna-polecanka-22-gu-qin-to-jeden.html

Zarys twórczości:
Osiem japońskich albumów http://rpgmuzyka.blogspot.com/2011/01/japonskie-pitolenie-ostatnie-natarcie.html

Cravena:
http://rpgmuzyka.blogspot.com/2011/01/bye-bye-pete.html
http://rpgmuzyka.blogspot.com/2011/01/i-want-you-so-bad.html

27 sty 2011

Japońskie pitolenie, ostatnie natarcie – kompilacja

(Okazało się, że to nie bongosy, tylko kongi. Bongosy są małe. Kongi duże. Muszę zapamiętać.)

Dzisiaj będzie dużo muzyki, komentarze zaś jak najoszczędniejsze i – mam nadzieję – najtreściwsze. Przy każdym albumie dosłownie kilka zdań i sugerowane zastosowanie. Mam nadzieję, że takie rozwiązanie Wam się przyda – o japońskim folku powiedziałem już, co do powiedzenia miałem, a gdybym chciał wrzucić jako recenzje wszystkie albumy, musiałbym japoński miesiąc przełożyć na luty.

Osiem zespołów. Start!

Kiyoshi Yoshida - Asian Drums





Album w większości jest bardzo konsekwentny. Bębny i elektronika – bardzo dynamiczne, jednak przez klawisze czasem zdaje się nazbyt sielankowe. Przeznaczone do scen akcji, walk, ale raczej dynamicznych, niż epickich i śmiertelnie poważnych. „Fireworks” to chyba najlepszy kawałek. Album przerzedzony króciutkimi odskoczniami np. w stronę cytr, ale właściwie nie wymaga zbyt dużej uwagi, toteż po jednym odsłuchaniu i oddzieleniu ziarna od plew łatwo możemy przygotować muzykę uniwersalną do podkręcenia napięcia.

20 sty 2011

Flet i cytra – ciąg dalszy


Uświadomiłem sobie, że wpis z początku miesiąca w dużej mierze wyczerpał temat ogromnej gałęzi muzycznej. Stąd – w ramach recko-polecanki – opiszę dziś pokrótce dwa albumy. Nieco się od siebie różnią, lecz wpisują się w bardzo podobną estetykę i nastrój.

Tu wskazówka dla mnie. Nie ma sensu dwa razy pisać o bardzo podobnych albumach. Następnym razem wrzucę je do jednego worka. Nauczka na przyszłość, wybaczcie proszę długość wpisu. W notce linkowanej znajdziecie opis, który teraz jedynie uzupełniam.

Japanese Traditional Koto and Shakuhachi
(shakuhachi to flet, koto to cytra) jest, jak na japońskie pitolenie, całkiem dynamiczny. W utworach dużo się dzieje, rzadko eksponowana jest cisza, instrumenty uzupełniają się – w każdym jest przynajmniej koto, czasem dwa, czasem koto i shakuhachi. Melodie nie są nużące, a po wywaleniu kilkunastominutowych potworów dostajemy – jeżeli nie ma żadnej alternatywy – wcale nie najgorszą muzykę do walki. To już jednak przypadek skrajny.







Evening Snow, wykonany przez Tani Senzan oraz Tanaka Yoko (ciekawostka – większość muzyki tradycyjnej z Japonii popularnej w sieci i do zdobycia w postaci albumów pochodzi z lat osiemdziesiątych) jest nieznacznie bardziej leniwy. Zawiera dłuuugie utwory (Yuki no yo – tytułowy utwór albumu to prawie dziesięć minut gry na flecie). Zdecydowanie muzyka tła.






Ważna rzecz, która często umyka – muzyka tego typu świetnie się nadaje jako muzyka umotywowana światem gry. Gejsze, samurajowie, mnisi, artyści – wystarczy dwójka NPCów w herbaciarni, by puścić dowolny z powyższych utworów.

Jako, że rozegrałem dotychczas kilkanaście sesji, gdzie muzyka taka, jak powyżej, była standardem, planuję spróbować nowego podejścia: puszczać przez całą sesję muzykę nowoczesną, niepasującą do krain sakury, natomiast muzykę japońską włączać jedynie, gdy jestem w stanie ją uzasadnić fabularnie. To będzie wyzwanie, a że najbliższa sesja L5K w lutym – podzielę się wrażeniami.

12 sty 2011

Kunaicho Gakubu – Japanese Traditional Music: Gagaku


Osobiście nie jestem zainteresowany gagaku, konwencją muzycznej, powiązanej z tradycyjną muzyką Japonii. Jako, że w L5K nie gram, by poznać rzadko kiedy przydatne czy interesujące tajniki historii i kultury Japonii, a osoby mi w grze towarzyszące również nie odczuwają takiej potrzeby, muzykę wrzucam bazując na jej brzmieniu, nie zaś sensowności ulokowania w Rokuganie czy symboliki.

Gagaku to muzyka dziwaczna, zdolna doprowadzić uszy do utraty wosku. Niektóre z instrumentów potrafią wejść na tak wysokie dźwięki, że autentycznie boli mnie od nich głowa. Zresztą, przekonajcie się sami:


Zabrzmiałem trochę zjadliwie, ale bez żartów: wielu ludzi ceni ten nurt, jest powiązany z ceremoniałami religijnymi i przypuszczam, że po zrozumieniu jego założeń mógłbym go docenić.

Album, którego obrazek widzicie u góry notki, wykorzystywałem już nieraz. Dwanaście utworów, składających się na sześćdziesiąt siedem minut muzyki, z której właściwie niczego nie musimy wywalać. Płyta jest tak spójna, że trudno wręcz zauważyć, że co jakiś czas pieśń się zmienia.

Zmiany zresztą są zgoła nieznaczne. Głównymi instrumentami gagaku są flety, których w Europie raczej się nie używa. Mają przenikliwy dźwięk, wysoki i sięgający wręcz szpiku naszego muzykalnego gustu. W różnych utworach inny każdy flet pełni nieco inną rolę. Poza nimi występują właściwie tylko zaznaczone instrumenty perkusyjne, głównie bębny i dzwonki. Cytry: rzadko, ale nie są zabronione. Jedyny utwór z wokalem, konkretnie chórem, to Motomeko No Uta – chyba najciekawszy, właściwie samodzielny rekwizyt.


(Słyszycie mnichów i shugenja kroczących po wnętrzach klasztoru na szczycie góry, oddających się codziennej medytacji, gdy zaraz po świcie między pokojami wznoszą się sylaby idealne, czyste i białe jak najpiękniejsza pustka?)

Ten album jest tłem. Jest nudny i monotonny. Ale na swój sposób straszny. Na swój sposób sięga daleko poza horyzont. Może moja wyobraźnia płata figle, ale nie wyobrażam go sobie pośród lasów, czy przy jeziorku. Bezkresne oceany, miasta-labirynty, pałace położone pośród gór – gagaku z mej perspektywy powinien rozchodzić się wszędzie wokół.

W praktyce używam go przede wszystkim, gdy chcę wprowadzić elementy grozy lub elementy nadnaturalne. Muzyka ta budzi – chociażby we mnie – niepokój, chociaż przyznam, że dla przyjemności nie jestem w stanie jej słuchać. Jeżeli jednak nasi samurajowie wybierają się do miejsca, które od samego początku zakłóca ich ducha – może warto to podkreślić właśnie tym krążkiem?

Muzyka tła: 3/5 – o ile gracze nie zaczną z irytacji gryźć krzeseł, możemy w razie potrzeby wrzucić cały album bez selekcji. Na pół godziny, godzinę powinno starczyć, ale gagaku szybko męczy – niestety, monotonia jest zbyt wielka;
Muzyka obszaru: 3,5/5 – nawiedzone świątynie, oblężone fortece, tajemnica, mgła, groza. Da się pobawić, zwłaszcza, że albumu nie trzeba selekcjonować;
Muzyka przygody: 1,5/5 – album raczej nie generuje pomysłów na fajne przygody ani ich nie podkreśla. Ale połowa punktu należy się za utwór dwunasty;
Muzyka drużyny: Nie.



5 sty 2011

Styczeń - miesiąc japońskiego pitolenia


Nowy miesiąc, nowy rok. W weekend byłem na Khakonie, toteż czasu na notkę nie miałem. Podsumowania wrzucę w niedzielę.

Styczeń będzie miesiącem Legendy Pięciu Kręgów. Dla niektórych miesiącem Blood And Honor. Innymi słowy, opisywać będę muzykę, którą wykorzystuję podczas sesji w tym świecie. Głównie japoński folk – nie tylko. Dotychczas zdarzyło mi się wspomnieć o tej grupie. Szczegóły w zakładce orient.

Jeszcze przed moim kontaktem z L5K zdobyłem album Jean-Pierre Rampal, Lily Laskine (na pytania o narodowość tej dwójki nie odpowiadam) i aranżacji Akio Yashiro „Japanese Melodies for Flute and Harp”. Niniejszym ilość wartych wymienienia instrumentów uprzedziła me zwyczajowe dojście do tego punktu. Z tego co wiem, wydań albumu było kilka, z różnymi kawałkami, załączam okładkę wydania, którego używam.

Powiem szczerze, że na japońskich instrumentach się nie znam i nie odróżniam, jaki to flet, jaka harfa, i czy ta harfa jest w ogóle z kwitnącymi wiśniami powiązana.

Jest to jednak duet wybitnie wręcz delikatny, może nie kwintesencja japońskiego folku (w gruncie rzeczy bardzo różnorodnego, o wiele trudniej by go opisać, jak chociażby folk polski), ale ma w sobie „ducha” niesionego przez niemalże ostrożnie grane dźwięki, częste wykorzystanie ciszy, niejednorodną głośność, intrygujące vibrato. Co jednak nie pasuje do stereotypowego postrzegania „japońskiego pitolenia”...

(Tu trochę o stereotypie. Podczas wczorajszej rozmowy przed sesją, wrzuciłem na listę 44 minuty japońskich utworów, konkretną płytę płyta. Jeden z graczy jednak myślał, że przez ponad godzinę słuchaliśmy zapętlenia jednego kawałka. Dla mnie różnice były znaczne, zarówno w doborze instrumentów, tempie jak i melodii. Ważny jednak jest fakt, że dla wielu osób muzyka ta jest po prostu nudna i poza sesją jej nie słuchają, choć doceniają jej rolę jako narzędzia podczas gry.)

…to fakt, że ciekawe utwory (nieco ponad dwadzieścia minut) są różne od siebie i o ile tożsame instrumenty tworzą pozór konsekwencji, trudno przewidzieć, który spełni funkcję tła, który – rolę dominującą. Melodia jest raczej trudna do wyczucia, zmienia się wielokrotnie w obrębie nawet jednego kawałka. Znajdują się też motywy bardzo trudne, do zagrania, wyraźnie przekraczające naturalny potencjał instrumentów, wymagające dużych umiejętności i kreatywności.

Skoro kawałki oddane zostały przez zaledwie dwa instrumenty, bardzo łatwo umiejscowić je w świecie gry. Gejsze, muzykalnie utalentowani samurajowie, para mnichów – z muzyki tła łatwo przejść do muzyki przygody lub przestrzeni. Jeżeli podczas większej części sesji towarzyszy nam cisza, zaś chcemy wizytę w herbaciarni podkreślić wystąpieniem, tu znajdziemy świetne wsparcie.

Radosne utwory albumu, niestety, niezbyt się bronią. Zdecydowanie lepiej wypadła melancholia, ospałość. Linki do najbardziej reprezentatywnych utworów załączam poniżej.

Muzyka tła: 4/5 – puszczałem wielokrotnie. O ile sesja ma iść bardziej w stronę sielanki i odpocznienia, nada się bardzo dobrze. Po wywaleniu utworów słabszych na tyle spójne, że nie trzeba nazbyt się wysilać z przeskakiwaniem niestosownych kawałków. Na pewno jednak nie nadają się one do bitwy czy dużej walki;
Muzyka obszaru: 3/5 – album w sam raz do składanek „L5K – koncert”, ale też „wytchnienie, odpoczynek, spokój”. Tradycyjna muzyka, niezbyt zen, ale i bez akcji;
Muzyka przygody: 2/5 – raczej niczego ciekawego nie zrobimy. Muzyka nie jest dramatyczna i o ile nie należymy do drużyn, w których gracze z lubością usłyszą opis lotu motyla, spadającej sakury i innych pierdół, nie znajdziemy tu za wiele inspiracji.
Muzyka drużyny: Nie.

The best of:





I gwiazda wieczoru:


Tak. Ja nie lubię na sesji opisów motyli i sakur. Co mi zrobicie?

1 gru 2010

Loreena McKennitt


Jeżeli miałbym wypisać szczególnie ważne dla rozwoju mego gustu muzycznego zespoły, na jednym z ważnych miejsc bezwzględnie pojawiłaby się Loreena McKennitt. Kobieta, której imię i nazwisko zapisując zawsze się zastanawiam, ile powinno być o, e, t, n i a. Ortograficzne szaleństwo. Na miejscu honorowym zaś umieściłbym utwór poniższy, choć przyznam, że obecnie nie wzbudza we mnie wielkich emocji:


Nie będę ukrywał, że o ile sławna stała się jako wykonawczyni tradycyjnej muzyki irlandzkiej (sama będąc śpiewaczką i harfiarką o irlandzkich korzeniach), właściwie znam ją przede wszystkim z albumów „The Book of Secrets” i „An Ancient Muse”, mających z tym nurtem niewiele wspólnego. Pierwsze albumy (sam je określam jako należące do „epoki harfy”) faktycznie zawierają typowy, irlandzki folk, jednak jakoś wykonanie artystki niezbyt mnie doń przekonuje. Natomiast albumy późniejsze („epoka poharfijna”), nawiązujące do różnych nurtów tradycyjnych z całego świata (znacie takie lakoniczne pojęcie jak „world music”?), charakteryzując się mocno podkreślonym rytmem i wyraźnymi, choć wcale skomplikowanymi melodiami, często wykorzystującymi całą paletę egzotycznych instrumentów.

Głos prawie zawsze kobiecy, dość niski, ponoć to sopran, ale mam wrażenie, że śpiewa dość różnorodnie, głównie po angielsku (tj. w jednym z dialektów „kanadyjskiego”), czasem jedynie zawodząc. Nie sposób tu szukać perkusji, trudno gitar czy klawiszy, łatwo natomiast instrumentów dętych, szarpanych, wielu przeszkadzajek. Dobrze sobie przypomnieć, że zbiór grzechotek, stukających o siebie kijków, djembe i dundunów potrafią w pełni się obronić jako wartościowe elementy melodii.

Przyznam, że najnowszych albumów Loreeny nie znam. Nie potrafię powiedzieć, w jaką stronę zmierza i ewoluuje. A szkoda. Postaram się nadrobić w wolnej chwili.

Może zabrzmi to niepoprawnie politycznie, ale wydaje mi się, że utwory McKennitt nie przez przypadek są słuchane głównie przez kobiety. Jest to prawdziwie delikatna, subtelna gra muzyki spokojnej, podkreślanej śpiewem wypełnionym emocjami. Ok, nie jestem osobą o mocno zakorzenionej świadomości genderowej i nie potrafię precyzyjnie wyrazić, dlaczego muzyka ta jest według mnie bardziej „kobieca” niż „męska”, niemniej zdecydowana większość osób, które miały okazję ze mną o niej porozmawiać, należało do stanu niewieściego.

Muzyka tła: 3/5 – tak, o ile nie planujemy scen akcji a graczom nie przeszkadzają klimaty New Age. Jest spokojnie, kontemplacyjnie (ta, muzyka kontemplacyjna. Uwierzę, jak zobaczę), przy tym właściwie całkiem fantasy. Mankamentem może być duża ilość utworów z wokalem, ale jeżeli zazwyczaj puszczamy pozbawione śpiewu tło, może warto dać im szansę;
Muzyka obszaru: 3/5 – pojedyncze utwory mogą wzmocnić składanki mniej i bardziej rzadko używane, od „podróży”, poprzez „żydowskie miasto” czy „przyjęcie” do „Wigilii”;
Muzyka przygody: 3/5 – zdecydowanie warto odsłuchać i zachować najciekawsze dla nas utwory Loreeny, pamiętając o ich istnieniu. Znajdziemy tu sporo utworów na sytuacje dziwne, czasem wręcz bardzo dziwne i jestem w stanie sobie wyobrazić sceny wręcz do nich naginane, zwłaszcza, jeżeli dotyczą podróży po świecie (Wolsung?) w krajach egzotycznych. Niestety, nie znajdziemy tu ciekawych battle tracków czy utworów na potrzeby scen akcji;
Muzyka drużyny: Nie.



Przykład, jak zwykłe „Fel shara” może przekształcić się w śmiertelnie poważne „Sacred Shabbat”. Cóż, licentia poetica:






28 lis 2010

Niedzielna polecanka #16

Uświadomiłem sobie, że po dwóch notkach na temat irlandzkiego folku (i późniejszej odpowiedzi Ezechiela) trudno mi wymyślić coś nowego, zwłaszcza odnośnie zespołu tak mało oryginalnego jak Beltaine.

(Tu mogą spaść na mnie gromy – słyszałem i czytałem, że niezwykłość tego zespołu tkwi, tutaj cytat:
"BELTAINE to jeden z najciekawszych zespołów polskiej sceny folkowej. Swoje niepowtarzalne brzmienie BELTAINE osiągnął dzięki szczególnej umiejętności łączenia tradycyjnej muzyki celtyckiej z muzyką współczesną".
No wow po prostu, prawdziwe pionierstwo. Zwłaszcza czytelnicy tego bloga nigdy się z tym nie spotkali.)

Ta polska grupa mówiąca prosto w profil, że zagraniczny folk jest ciekawszy (z czym bym się zresztą zgodził) wydała dotychczas trzy albumy, z czego pierwszy jest "bardziej tradycyjny", drugi "bardziej elektroniczny" a trzeci "bardziej do dupy", z czego sumując co lepsze kawałki z albumów pierwszego i drugiego otrzymujemy koło godziny wcale niezłej muzyki.

Album trzeci skomentujmy tragicznością tego teledysku do utworu, który na żywo brzmi trzykrotnie lepiej:


Reszta jest mruczeniem.

Niestety, tego, co pozostało, nie wykorzystamy jej do scen walki czy akcji, właściwie trudno ją wykorzystać do czegokolwiek, jak tylko scen sielankowych, a przy tym bardzo dynamicznych, lub melancholijnych, a i to z założeniem tkwiącej gdzieś w cieniu nadziei i radości. Tak. Ewentualnym urozmaiceniem może być wsadzenie niektórych utworów do dosyć radosnych scen akcji, jak bieg przez miasto w ucieczce przed rozzłoszczonym karczmarzem.

Innymi słowy – osoby zachęcone do wykorzystania Clannadu do stworzenia składanki "sielanka fantasy", tu znajdą urozmaicenie w postaci utworów bardziej dynamicznych, obdarzonych większą ilością instrumentów i – często – męskim wokalem. Co też ciekawe, czasem da się natknąć na brzmienia brzmiące wręcz persko-indyjsko, ale nas, osoby znające "Druidów" Petera B. Ellisa, to nie dziwi.







Dance Around – wersja skrócona, lepsza:

Dance Around – wersja pełna:

Smętna ballada #1:

Smętna ballada #2:

Next damn smęt:

24 lis 2010

Panta rhei, czyli Clannad


Clannad jest pierwszym zespołem wykonującym muzykę irlandzką, jaki poznałem. Jeszcze jako dziecko słyszałem, jak z kaset magnetofonowych odtwarzali go rodzice. Powrót doń nastąpił, gdy usłyszałem w Radiu Rivendell śliczny kawałek:


Jak się jednak okazało, zespół funkcjonował w latach 1973 (!) - 99. Utwór powyższy znajduje się na albumie z '74, drugim z siedemnastu (!). Ładnie, prawda? Niestety, bardzo często albumy powielają starsze utwory lub same w sobie stanowią składankę w stylu „the best of”, przez co ilość utworów do przekopania się, choć dalej znaczna, nie jest zatrważająca.

Powołując się na wpis z zeszłego tygodnia, Clannad realizuje oba nurty charakterystyczne dla muzyki irlandzkiej, jednak później – od lat osiemdziesiątych – następują przemiany. Wpierw, moim zdaniem w pełni nieudana, próba łączenia tradycji (a warto wiedzieć, że kapela zwłaszcza u początku istnienia grała sporo tradycyjnych utworów) z instrumentami pokroju saksofonu. Okres nie dość, że najsłabszy muzycznie, to jeszcze dla braci RPGowej całkowicie bezużyteczny – po prostu nie ma, gdzie go wcisnąć. Przypadkowy użytkownik serwisu LastFM powiedział: „Everything they play before Fuaim (album z '82 – aure) is amazing. Then they go all poppy and new-agey and it sucks :(”. Nie zgadzam się z tą opinią, ale macie wyobrażenie, jak bardzo zmieniał się ich styl.

Okres tradycyjny, pierwszy, jest najbardziej reprezentatywnym zbiorem utworów zdatnych do wykorzystania w każdej sesji fantasy bazującego na czasach minionych, zwłaszcza średniowieczu. Bez większych bólów możemy znaleźć utwory do tańca i do popijańca karczemnego. Jako muzyka tła utwory te zawodzą, dobrze jednak nadają się do konwencji z wyraźnymi elementami sielanki (nie mogę się doczekać, by je przetestować w Evernight – w Warhammerze to jednak nie było to samo ; )). Niektóre utwory, choć melancholijne, nie budzą grozy czy napięcia – właściwie cały ten nurt wręcz prosi się o hobbitów z fajami i ziołami.

Po okresie drugim, „saksofonowym”, następuje faza trzecia, uzupełniająca i bardziej radykalna, w której to z tradycji pozostaje właściwie jedynie radosny nastrój. Jest to już typowa. newage'owska elektronika, której faktycznie towarzyszy nieco „irlandzkich” utworów, jednak serce pozostaje nieco sztuczne. Wadą tej fazy jest nieprzystawanie do obrazu hobbita z ziołami, jednak da się ją wykorzystać jako przeniesienie sielanki do przyszłości, także do sf. W ostateczności można też próbować dodać garść utworów do składanek wiążących się z ugrupowaniami mistycznymi, są jednak zespoły, które nadadzą się ku temu znacznie lepiej.

Zdecydowana większość utworów jest wykonana z tekstem irlandzkim, choć nie brakuje i kawałków angielskich. Wyśpiewane głównie przez Máire Brennan (nie chce ktoś może zasponsorować mi kwoty 100 pln na jej koncert w poznaniu 30 listopada? ; )), część przez późniejszą gwiazdę Enyę, rzadziej – i znacznie mniej ciekawiej – śpiewają samcy, utworów tych jednak zdecydowanie nie lubię.

Instrumenty nie są zbyt skomplikowane – wpierw flet, gitary i rzadkie instrumenty perkusyjne, później saksofon, wreszcie, w ostatniej fazie, sporo klawiszy.

Muzyka tła: 2/5 – można, ale brzmi to sztucznie. O ile nie prowadzimy dark fantasy czy systemów futurystycznych, raczej nie zniszczymy sesji, ale czy warto ryzykować?;
Muzyka obszaru: 4/5 – sielanka! Prawie całą twórczość można do tego sprowadzić. Świetny materiał na składanki takie jak „karczma, muzycy na festynie, radosna knajpa przyszłości, Shire, te cholerne elfy, obozowisko, rozładowanie napięcia, chwila wytchnienia”. Doskonały równoważnik ciężkich smętów, które opisywałem dotychczas;
Muzyka przygody: 3/5 – podczas tworzenia scenariusza będziemy mogli wykorzystać bardzo dużo utworów, jednak w bardzo wąskim zakresie. Utwory słabe przy improwizacji, jednak jeżeli zamierzasz ulokować w swojej przygodzie scenę kojarzącą się z wytchnieniem czy naturą, znajdziesz tu k20 kawałków, które Ci się przydadzą;
Muzyka drużyny: Tak.

Nurt tradycyjny:








Może nie uwierzycie, ale jest tu nawet jeden bardzo dobry battle track, element soundtracku do któregośtam Robin Hooda...

...sensowny tym bardziej, jeżeli przepuści się go przez Audacity:


Nurt nowoczesny:



17 lis 2010

Irlandzki folk, czyli „najpopularniejszy” nie oznacza „najlepszy na sesję”


Nie znam właściwie tego przyczyn, ale folk irlandzki jest polskiemu słuchaczowi często lepiej znany od rodzimego, o innych, zagranicznych konwencjach nie wspominając. Kiedy mówię „irlandzki”, nie oznacza to koniecznie „wywodzący się z Irlandii” - muzykę tę wykonują często Angole, także zespoły będące wielką zagadką jeżeli chodzi o genezę (polski Beltaine) czy równie zdumiewający bardowie (tu można przywołać Barbarę Karlik).

Obserwacja odnośnie popularności obejmuje przynajmniej ludzi z mojej kategorii wiekowej (tzw. „pokolenie wolnej Polski”) i w miarę zbliżonych zainteresowaniach. Być może jest to powiązane z często angielskimi tekstami piosenek, być może po prostu lubimy zieleń, ale jakoś o wiele łatwiej znaleźć dziewuchę tańczącą „irlandzko” (ja tam się na tańcu nie znam, ale dla mnie to nudne strasznie), niż znającą k3 tańców plemiennych Afryki (choć młodociani djembefola grożący przechodniom, że jeżeli nie dostaną złotówki, zaczną grać na bębnach są widokiem wcale częstym, przy czym większość z nich z niejasnego powodu mówi na swój instrument „dżemba” - fajny przykład, jak Polacy potrafią sobie zawłaszczyć słowo). Może związane jest to z powermetalem pokroju Blind Guardian, z którym krótką przygodę miał prawie każdy fantasta czy rpgowiec. Nie wiem, ale chętnie bym się dowiedział.

Co jednak ważniejsze, utwory irlandzkie, mimo tradycyjnych podziałów (jak na utwory radości, płaczu czy snu – czy jak to tam szło) są zazwyczaj przez nas łatwo szufladkowane na dwie kategorie.

Tło radosnych tańców, tzw. skoczne pląsy

Ten całkowicie bezpłciowy, nieciekawy, standardowy kawałek z niemalże wyrytym na gryfie napisem „jestem ajrisz jak cholera” jest pierwszą rzeczą, jaką zobaczymy po wpisaniu na YT „irish folk”. Prawie półtora miliona odsłuchań, tysiące plusików i oznaczeń „Ulubiony”. Nie chcę powiedzieć, że ten utwór jest słaby – po prostu po odsłuchaniu kilkudziesięciu utworów tego nurtu przy kilkuset odtworzeniach ma się tego dosyć. Na lata. A przecież mimo wyraźnej melodii jest wcale niezły technicznie, często zachodzą w nim mniej lub bardziej subtelne zmiany i urozmaicenia. Świetna sprawa.

Tyle, że jest to muzyka do bólu kiczowata i na swój sposób wręcz tania.

Właściwie wykorzystanie skocznych pląsów ogranicza się do scen uwzględniających karczmy, jarmarki, festyny. Problem w tym, że muzyka irlandzka jest tak charakterystyczna,

że nie da się jej puścić w taki sposób, by gracze nie nabrali pewnych podejrzeń, że ostatnio wbrew zapewnieniom nie odświeżyliśmy sobie podręcznika do Warhammera i nie jesteśmy wkręceni w dark fantasy.


Nie używam tego nurtu w praktyce i przypuszczam, że nie będę aż do momentu, gdy postanowię wprowadzić do sesji samych Irlandczyków. Tańczących, pijących i śmiejących się. W innym wypadku zawsze, ZAWSZE konotacje będą odciągać mnie od świata właściwego. Odciągać do mrocznej krainy Riverdance.


Smuty z dominującym wokalem, tzw. taczing balads

Ten „dominujący wokal” to może nie największe z uproszczeń zastosowanych w tej notce, ale patrząc na domowe statystyki można przyjąć, że utwory bez wokali częściej należą do kategorii pierwszej.

W praktyce folk irlandzki przedostaje się do nas z tekstami w dwóch językach – angielskim i, równie często, irlandzkim, a także rzadziej: gaelickim, walijskim, bretońskim Pierwsza dziedzina ma tę wadę, że prawdopodobieństwo zrozumienia tekstów niebezpiecznie wzrasta, rośnie też szansa dostrzeżenia Wielkiej Prawdy, to jest faktu, że nawet genialni muzycy nie muszą być wielkimi poetami, co poświadcza chociażby ten zalatujący New Age'em, pięknie wykonany kawałek:


O ile jednak „The Voice” ma w sobie jeszcze przebłyski epickiego pląsania, to chociażby poniżej można zasmakować powiązań tradycji z wyraźnie sztucznymi, a przecież udanymi eksperymentami przy zabawie z elektroniką:



Więcej dobrej jakości smętów nawiązujących do tradycji irlandzkiej przywołałem we wspomnianym już wpisie o Basi Karlik.

Problem z użyciem tej muzyki zaczyna się, analogicznie do radosnych pląsów, od ogromnej dozy charakterystyczności. Czy w naszym scenariuszu planowaliśmy smutną balladę o wojnie przy kominku, czy opis pięknej przyrody, puszczenie kawałka irlandzkiego zawsze wywoła to samo wrażenie...

...damn, whatever I do it still sounds fudgin' irish!

Dla mnie jest to element wystarczający do odstrzelenia – nawet, jeżeli świetnej, nawet genialnej, a przynajmniej powszechnie lubianej – gałęzi muzyki (o ile ktoś lubi strzelać do gałęzi). Większość zespołów, które ukazałem dotychczas w zakładce „folk”, da się wrzucić do rozmaitych realiów, epok historycznych, nawet konwencji. W przypadku typowej muzyki irlandzkiej w praktyce zawsze tworzymy wrażenie Irlandii.

Jeżeli ktoś podczas sesji puści Technology of Silence, nie myślę sobie, że leci zespół z Rosji. Kiedy ktoś puści Tenhi, nie myślę o Finlandii. Kiedy poleci zaś folk irlandzki, cała masa krążących wokół powiązań popkulturowych agresywnie wybija się na pierwszy plan świadomości.

Żeby nie było. Naprawdę lubię muzykę „irlandzką”.

Ale nie na sesji.

Jako jednak, że nie każdy zgodzi się z tą opinią, więcej o folku irlandzkim w najbliższą niedzielę oraz środę, z konkretnymi polecankami i zarysami zespołów.

14 lis 2010

Folk?


Po wejściu na słuszniejszą wersję Wikipedii i wpisaniu pojęcia "folk music", otrzymujemy taki oto fragment:
Pojęcie pochodzące z wieku XIX bywało definiowane na różne sposoby: jako muzyka przekazywana tradycją oralną, muzyka klas niższych, muzyka nieznanych wykonawców. Bywała stawiana w kontraście względem stylu komercyjnego lub klasycznego. Począwszy od połowy wieku XX, pojęcie zaczęło opisywać muzykę popularną bazującą na muzyce tradycyjnej. Do gatunków korespondujących zalicza się folk rock, electric folk, folk metal i progressive folk. (My zaś moglibyśmy tu dodać jeszcze takie kwiatki jak "pagan folk".)

Równie ciekawe fragmenty w dalszej części artykułu:
(muzyki folkowej) nie wyodrębnia się jedynie na podstawie terminów muzycznych. (...) Definicje te bazują głównie na procesach kulturowych, nie są powiązane z abstrakcyjnymi typami muzyki.
(folk) może być także odnoszony do muzyki zapoczątkowanej przez pojedynczego kompozytora, po czym wchłonięte do tradycyjnej, niepisanej kultury społeczności.

Pojawiają się też informacje dziwne, takie jak transmisja kulturowa folku przebiega przez grę ze słuchu, chociaż zapisy również mogą być używane (skoro równie dobrze mogą być ze słuchu, jak i z zapisów, to po co o tym mówić? : )).

Myślę, że obecnie najczęściej określamy folk jako muzykę tradycyjną lub bazującą na tradycyjnej, tyle tylko, że te pojęcia zasługują wręcz na własne definicje. Czy można powiedzieć, że Beethoven nie stworzył muzyki, która zapisała się w tradycji i obrodziła licznymi naśladowcami? Problem w tym, że tradycja nie "jest" tak po prostu, tradycja się staje i tworzy. Bogurodzica w tym wypadku jest utworem tradycyjnym, ale czy określilibyście kościelną przyśpiewkę jako folk? A czy chóry gregoriańskie są folkiem? W jaki sposób mierzyć popularność, w jaki – tradycyjność?

Każda z przytoczonych definicji jest przepełniona umownością. Muzyka przekazywana tradycją oralną – a jeżeli zostanie zapisana, przestaje być folkiem? Jeżeli ktoś tworzy rock i uczy go innej osoby bez kodyfikacji, tylko pamięciowo, tworzy folk? Muzyka klas niższych – a jeżeli zaczyna do niej tańczyć arystokracja lub klasa średnia? Muzyka nieznanych twórców – czy po poznaniu twórcy utwór przestaje być folkowy?

Kupa zabawy. : )

Wiele osób, nie bez powodu, uważa, że blues jest folkiem. Czy to Wam się z folkiem kojarzy?


A utwór Chopina z tekstem inspirowanym poezją tradycyjną?

A ten sam utwór, tyle, że wymiksowany przez muzyków bałkańskich i już bez tekstu?


A utwór duetu Simon&Garfunkel z radosnym pobrzękiwaniem banjo?


A radosne, średniowieczne pląsanie przy karczemnym tańcu? Czy coś tak złożonego jest jeszcze muzyką klas niższych? Jak to zmierzyć?


Notka mało rpgowa, uznałem jednak za zabawne, że skoro listopad sobie wybrałem na miesiąc krążący wokół folku, to de facto nie piszę o niczym konkrentym. : )

Miłego mętliku w głowie. : )

Ilustracja stąd.

10 lis 2010

Minizarys - Garmarna


(Dziś – mam nadzieję, że wyjątkowo – krócej. Czas mnie rozszarpuje.)

Garmarna przeszła ewolucję podobną do irlandzkiego Clannadu – im wcześniejszy etap twórczości, tym bardziej zbliżony jest do radosnego folku, nieraz sięgając do utworów tradycyjnych. Im utwory nowsze, tym więcej w nich elementów nowoczesnej elektroniki. Różnica jednak tkwi w wielkości dorobku – grupa ze Szwecji wydała jedynie kilka niezbyt popularnych albumów.

Jako jednak, że irlandzki folk na sesji potrafi nastręczyć trudności (o czym mam nadzieję napisać przy jeszcze innej okazji), Garmarna na moich sesjach pojawiła się kilka razy jako jej ekwiwalent. Pomysł nie spotkał się z ciepłym odbiorem – niestety grupa nie jest niepowtarzalna i charakterystyczna, większość jej utworów to przeciętniaki, których da się słuchać, nie wybijają się jednak z ogólnie akceptowalnego „ludowego rzępolenia”, czyli wręcz standardowych melodii na skrzypce, bębny i – głównie niski, kobiecy – śpiew. Damn, tu nawet gitar za wiele nie ma.

Tu zresztą pojawia się największa siła zespołu – chociaż utwory sprawiają wrażenie minimalistycznych (używam tego sformułowania z wielkim lękiem, gdyż być może nie postrzegam go w sposób właściwy) i prostych, otrzymujemy dużo kawałków w sam raz na odzwierciedlenie muzyki umotywowanej w świecie gry. Jeżeli mamy ochotę umiejscowić w lokalnej gospodzie grupę bardów, a przy tym uniknąć skojarzeń z Riverdance, tu możemy znaleźć rozwiązanie.

Słynny Herr Mannelig, grany i śpiewany po obu stronach Bałtyku. Wykonanie ortodoksyjne:

Skoczne, radosne kawałki:




Przykład elektronicznych inspiracji, na czele ze świetnym Euchari:


Oraz kawałek dość dziwny, aczkolwiek ciekawy do potencjalnych scen umiejscowionych w grotesce:


I jeszcze jedno - czy tylko ja uważam, że omawiany zespół ma przerażającą aparycję? : )

3 lis 2010

Ludowo, ale nie ludycznie


Drugim źródłem inspiracji jest dla mnie muzyka ludowa. Kawałki irlandzkie wbrew pozorom trudno dobrać jako podkład do sesji. U mnie dużo lepiej sprawdza się folk bretoński czy szwedzki. Muzyka z tych regionów jest mniej ograna na sesjach, a dzięki silnemu skupieniu na rytmie, z powodzeniem nadaje się jako podkład (...)
Ezechiel

Te mądre słowa sprawiły, że w przyszłym tygodniu prawdopodobnie pojawi się krótkie omówienie twórczości słynnej Garmarny. Tym razem, w tym samym tonie: Tenhi (co znaczyć ma ponoć „mędrca”, „jasnowidza”), wraz z albumami Maaäet oraz Väre.

Grupa ta przez pewien czas znana była jako finlandzki „dark folk”, ale, że termin ten nie ma skodyfikowanego znaczenia, obecnie się mówi po prostu o grupie neofolkowej. Gdybym miał spróbować opisać, jak „dark folk” interpretuję, powiedziałbym: folk pozbawiony przejawów radości, często z muzyką ludową kojarzonych.

Tenhi nie należy wiązać z konkretnymi tradycjami folkowymi. Korzystają z instrumentów często zapożyczonych z rejonów bardzo mocno oddalonych od Skandynawii, zwłaszcza Afryki, nie wspominając już o regularnie używanej perkusji (nie wyklucza to obecności wielu innych instrumentów perkusyjnych), gitarach (głównie akustycznych), skrzypcach i klawiszach. Właściwie „ludowość” tego zespołu jest dla mnie wielką zagadką, gdyż oczekiwałbym od tego nurtu mocnego osadzenia w jakiejś kulturze.

Jedną z wielkich zalet Tenhi jest napisanie wszystkich tekstów w języku fińskim. Zgodnie więc z oczekiwaniami, poszczególne partie nie będą się kojarzyć przeciętnemu graczowi nie znającemu sanskrytu z absolutnie niczym. Zresztą jak można próbować zrozumieć język, w którym pierwsze dziesięć liczebników to, poczynając od jedynki, kolejno: yksi (1), kaksi (2), kolme (3), neljä (4), viisi (5), kuusi (6), seitsemän (7), kahdeksan (8), yhdeksän (9) i kymmenen (10).

Jako jednak, że 90% muzyków pisze żenujące teksty, które budzą pocieszny śmiech, jest to rozwiązanie dla nas bardzo przydatne. Nie będzie parsknięć i usprawiedliwionych cytatów na offtopie – męski, niski głos, z ewentualnym dodatkiem chórów pozostanie dla nas tylko kolejnym instrumentem. W dodatku prowadzący będzie mógł włożyć w usta wokalisty jakąkolwiek treść, nie bojąc się przyłapania na nieprawdzie.

Utwory są zazwyczaj proste, posiadają powtarzającą się, urozmaicaną nielicznymi instrumentami melodię. Właściwie wszystkie z ciekawych utworów są melancholijne i spokojne, choć zdarzają się „heroiczne” wzniesienia atmosfery (stąd nie wolno brać albumów w ciemno – należy je zawczasu przesłuchać, nierzadko poszczególne kawałki skracając). Bardzo mocny nacisk położono też na podkreślanie rytmu. Zdecydowana większość piosenek zamyka się w czterech, siedmiu minutach.

Trzeba przyznać, że właściwie co drugi utwór jest udany – jest to zaskakująco wysoki procent

Muzyka tła: 4/5 – po wyrzuceniu mniej więcej połowy utworów nieudanych i jeszcze kilku nazbyt niestałych w nastroju, utrzymujemy świetne tło dla konwencji fantasy. Wyraźne, zazwyczaj stabilne melodie, dosyć leniwe i melancholijne. Zespół ten zresztą robi świetny kombos z opisywanym wcześniej albumem Kveldssanger;
Muzyka obszaru: 3/5 – klimaty okołoskandynawskie, zwłaszcza w barwach pulpowej krainy śniegu. Osobiście zwykłem słuchać Tenhi zwłaszcza w okolicach grudniowych świąt i późniejszych miesięcy – wspomaga wyobraźnię. Problemem jest jednak wyraźnie wykraczający poza ramy konwencji dobór instrumentów, które trudno dopasować do pseudośredniowiecznych realiów („siedzicie w karczmie, a tam kolesie z drumlami, pianinem, fletem, gitarą i perką”). Bardziej więc nowoczesne pulpa i umowność, niż mimetyzm dawnych czasów;
Muzyka przygody: 2,5/5 – bez szczególnych trudów da się poszczególne kawałki dopasować zarówno do scen walki, jak i konkretnych lokacji czy postaci, niemniej sercem pozostanie zbiór spokojnych utworów, które można sobie puścić jako tło. Dotychczas jednak chętnie wykorzystywałem Tenhi przy wprowadzaniu elementów groteski towarzyszącej lękowi.
Muzyka drużyny: Tak.


Doskonałe otwarcie, trochę gorzej przy upływie czasu:

Po trochę nudnym początku fantastyczny refren, w którym genialnie wykorzystana została technika gry na wiolonczeli przy pomocy nie tyle smyczka, co szarpania strun, np. przy 1:10:

Utwór nieustannie kojarzy mi się z wigilią:



Battle track:

Battle track 2:


(Więcej o Tenhi w niedzielę!)

24 paź 2010

Niedzielne polecanki #12, #13

#12

Przez przypadek natknąłem się na bardzo ciekawą (to bezpieczne słowo) grupę zespołów (stworzoną przez słuchaczy, nie twórców) na LastFM, zwaną NeoMedieval. Niektóre z tych kapel są powszechnie znane i słusznie popularne, jak Faun czy Arcana, choć obecność tutaj Within Temptation i Dead Can Dance przypomina, co jest esencją darmowych serwisów, w których każdy może mieć swój udział (tak, mam na myśli bzdury).

Przede wszystkim jednak jest tu kilkaset zespołów które ledwie co nagrały album czy dwa w undergroundowych studiach, są praktycznie nieznane a przez to – ciekawe i wyjątkowe, nie narzucające konkretnych skojarzeń z innymi tekstami kultury (jak to często pojawia się przy soundtrackach).

Przykładowe odkrycie:


Tu w wersji z obciętym początkiem i zakończeniem:


Tradycyjna, arabska (bardzo wygodne słowo, gdy właściwie nie wie się, z jakiego ludu wywodzi się dany tekst kultury) pieśń w wykonaniu bretońskiej (chyba) harfiarki. I jest dobrze.

Zachęcam do własnych poszukiwań.

#13

Nowy współautor bloga „Graj Muzyką”, czy też mniej reifikując – po prostu Craven, za dawnych czasów („szczęśliwej, krwawej młodości”) już dawno temu wrzucił do sieci utwór, który potoczył za sobą łańcuszek skojarzeń prowadzących mnie bezpośrednio do dwóch kampanii L5K. Kawałek właściwie komiczny i pozbawiony choćby pozorów sensu, niemniej jego ogromna dynamika i często zmieniająca się, a przy tym wyrazista melodia są wybitne, o ile nie mamy nic przeciwko okołojapońskim nastrojom pulpy (trzymetrowi samurajowie z minigunami! Oczekujemy!).

Wersja ciekawsza, z elementami elektroniki:

Wersja bardziej tradycyjna:


Przykładowe sugestie narracyjne bazujące na anime „Samurai Champloo” (którego nie polecam):


Przykładowe sceny: walka; akcja; heroiczny, pulpowy pojedynek; stylizowana, japońska restauracja, w której kapela wykonuje niespodziewany, groteskowy utwór.

10 paź 2010

Blues RPG – muzyka i grafika


Jeżeli nie miałeś jeszcze okazji, zapoznaj się z poprzednią notką bluesową.

Poniższa lista nie zawiera jakiejś undergroundowej awangardy bluesa – są tu głównie utwory znane lub czerpiące z klasycznych motywów i skal, przez co nieco wyraźniej potrafią zarysować bluesowe standardy.

Jeżeli chcecie zapoznać się z przekrojowym, chronologicznym zarysem bodajże 50-o letniej twórczości amerykańskich bluesmanów, polecam składankę Martin Scorsese Presents the Blues, od której zresztą zaczęła się moja, heh, Przygoda z tym nurtem.

Zaczynamy od klasyki. „The Thrill Is Gone” jest jednym z najbardziej znanych utworów z tej listy, często nieutożsamiany z bluesem. Ciekawa jest również jego ewolucja – kiedy B.B. King stał się jednym z najbardziej cenionych gitarzystów świata (przez pewien czas piastował bodajże trzecie miejsce na liście „the best of”), zaczął swoje koncerty urozmaicać niekończącymi się solówkami, przez co ten krótki kawałek osiąga nawet 10, 15 minut. Standardowy utwór o miłości.


Kolejny utwór również jest bardzo znany, a to za sprawą udziału John Lee Hookera w filmie „The Blues Brothers”, w którym zgodził się uczestniczyć w nagraniu jednej sceny pod warunkiem, że producenci nie puszczą playbecku, tylko zgodzą się na nagranie ulicznego koncertu. „Boom boom” dotyczy miłości (?), lecz zaskakuje jego zmysłowość i całkowite odejście od nadmiernej, sztucznej idealizacji.


Trzecim z kolejności utworem będzie też słynny kawałek, który również miał swój udział w przeżyciach Braci Blues - „Sweet Home Chicago”. Poniższe wykonanie, prawdopodobnie najpopularniejsze, należy do duetu Keb' Mo' & Corey Harris, przy czym należy pamiętać, że to tylko jeden spośród utworów Roberta Johnsona, które później doczekały się nawet kilkunastu coverów.

A tu, dla porównania, jak to zagrał sam Johnson:


Moim ulubionym artystą bluesowym jest bez wątpienia Skip James. Znać go możecie z utwory pełniącego ważną funkcję w filmie „Ghost World”. Żeby nie przekładać własnych sympatii na całą notkę, zaprezentuję tylko jeden jego utwór, za to w dwóch wykonaniach – z lat 30' i (po wielkim powrocie przy wielkim boom na klasycznego bluesa) 60'. „Hard Time Killing Floor Blues” doczekał się sporej ilość coverów, w tym udanym filmie „O brother where art thou?”. Skip James był naprawdę zajebistym gitarzystą – wersja filmowa utworu jest tak prosta, że nawet ja potrafię ją zagrać, kiedy wersji Skipa Jamesa nie potrafi odtworzyć prawie nikt.
Wersja oryginalna:

Jedna z wielu prób ponownego nagrania studyjnego:


John Lee Hooker już się pojawił, tym razem zaś podziwiać możemy jego współpracę z Bonnie Rait. Kawałek „I'm In The Mood” bazuje na klasycznym, bluesowym bicie, jednak wrzucone doń solówki (może leniwe, za to posiadające wspaniałą melodię) poświadczają wielkie umiejętności gitarzysty.


Utwór powyższy był pomostem do bluesa wykonywanego przez płeć piękną. Kawałek „Wang Dang Doodle” (tak, tworzenie tekstów bluesowych nie zawsze wymaga wielkich umiejętności literackich) wykonany przez Koko Taylor, zbliżający się mocno to rhythm'n'bluesa dobitnie poświadcza, że blues nie jest przeznaczony wyłącznie do melancholijnego użalania się nad sobą.


To jednak jeszcze nic w porównaniu z beztroskim kawałkiem „Hound Dog” w wykonaniu Big Mama Thornton. Duża Mamuśka swym charakterystycznym, szorstkim wokalem udowodniła, że nawet duże dziewczynki potrafią się w bluesie odnaleźć.


Poniższy duet z melancholijnego wyznania wokalisty płynnie przechodzi w pełen pasji śpiew niewiasty. Przykład muzyki nowoczesnej, gdzie wokal i k4 instrumentów przestało wystarczać – pojawiła się orkiestra, a rola instrumentów znacznie przewyższała rolę śpiewu. Nagranie koncertowe:


O Son Housie wspominałem w poprzedniej notce – to ten niedoszły pastor-alkoholik. Nie chciałem załączać jakiegoś stricte religijnego utworu w rodzaju gospel (a trzeba wiedzieć, że Son House naprawdę poruszał widownię), stąd kawałek bardzo reprezentatywny, a przy tym świecki.
„Death Letter Blues” zasługuje na określenie „przykładowej improwizacji bluesowej”. W poniższej wersji możecie uświadczyć zaledwie kilkanaście z dwudziestu kilku istniejących strof – poszczególne zwrotki Son House dobierał wedle uznania i sytuacji, czasem wymyślał je na bieżąco, jeżeli chciał, zmieniał poszczególne wersy. W dodatku utwór jest piekielnie trudny do zagrania – jak on go na koncertach był w stanie zagrać niemal bez pomyłek, nie mam pojęcia.


Howlin' Wolf! Nie jakiś Wilk, nie Wilki czy Ulvery, tylko „howlin' wolf”! Utwór ten świetnie do wycia pasuje – tekstu ma niewiele, zaś jego najcharakterystyczniejszą częścią jest regularnie powtarzające się zawodzenie. Kawałek klasyczny wręcz, w którym największą rolę pełnią emocje wokalisty przy niemal niezmieniającym się tle muzycznym (choć rola harmonijki ustnej jest niebagatelna).


„Black Magic Woman” poznałem niedawno i niełatwo mi powiedzieć na temat utworu czy samego Fleetwood Maca coś ciekawego. Przede wszystkim jednak jest to utwór nagrany przez białych Brytoli, którzy swoją grupę uformowali w latach 60' jako jedni z wielu. Jest to więc biała wisienka na torcie, że tak rasistowsko się wyrażę (jakoś tak w temacie bluesa jestem niechętnie nastawiony do wszystkich białych).


Nie zgadzam się z faktem, że Catfish Blues, jakoś się nie przedostał do popkultury. Trudno się jednak dziwić, skoro Robert Petway urodził się niewiadomogdzie być może w 1908, nagrał 16 kawałków, zniknął w 1942 roku pozostawiając jedną fotografię. Człowiek bez życia publicznego, który w studiu pojawił się tylko dwa razy, grał sam, śpiewał sam i nie wiadomo nawet, czy umarł. Ale, damn, grać potrafił.


A teraz trochę archeologii. Wpierw Lightning & Group w jedynym, powszechnie znanym (za sprawą kompilacji Martina S.) utworze Long John. Doskonały przykład, jak blues wyglądał w czasach, gdy dopiero wyłaniał się z Murzyńskich work songów.


Tu zaś jeden z najsłynniejszych (IMO niesłusznie) utworów bluesowych świata - „Dark Was the Night, Cold Was the Ground”, nagrany w 1927 przez Blind Willi Johnsona. Utwór nie ma tekstu, zaś jego tytuł właściwie niewiele mówi (choć pozwala snuć sporo domysłów), niemniej określono ten kawałek jako gospel-blues (krytycy muzyczni... ah, jak niewiele Was różni od nas, filologów). W tym utworze właściwie nic się nie dzieje, ale że „ma klimat”, wysłano go na Złotej Płycie na pokładzie Voyagera w 1977 (przypomnę – jest to płyta, na której nagrano najbardziej reprezentatywne utwory i dźwięki z całego świata w nadziei, że ufoludki go dostaną do łapek i wrzucą do swojego fonografu).
Więcej o utworze na Wikipedii. Znajdziecie tam cytaty w stylu "the most soulful, transcendent piece in all American music".


No i jeszcze trochę z Roberta Johnsona, na dobry finał. Pamiętajcie, że nagrania w studiu w 1936 wyglądały nieco inaczej, niż obecnie – nikt tych kawałków nie ciął i nie uzupełniał, muzyk po prostu siadał i grał. Ten koleś naprawdę potrafił to zagrać idealnie przy jednym podejściu. „Crossroad Blues” to jeden z tych Bardzo Diabelskich Kawałków, w których osobiście niczego satanistycznego nie widzę, ale przecież powszechna opinia nie może się mylić.


Na koniec garść linków do ciekawych ilustracji:
http://amotion.deviantart.com/art/The-Devil-And-Mr-Johnson-34666913?q=boost%3Apopular+Mr+Johnson+And+The+Devil&qo=0
http://lucylking.deviantart.com/art/Blues-II-50516025?q=boost%3Apopular+Blues+II&qo=0
http://freepaint.deviantart.com/art/bluesman-24544256?q=boost%3Apopular+bluesman&qo=2
http://000moggy000.deviantart.com/art/Detroit-no-13-bluesman-59106182?q=boost%3Apopular+bluesman&qo=11
http://ericboler.deviantart.com/art/Lightnin-Hopkins-27487914?q=boost%3Apopular+Lightnin&qo=10
http://foolys.deviantart.com/art/Lightnin-Hopkins-8759337?q=boost%3Apopular+Lightnin&qo=34
http://grafik.deviantart.com/art/BLUES-91167461?q=boost%3Apopular+The+Blues&qo=11

6 paź 2010

Blues RPG

Poniższy zbiór myśli jest rozszerzoną wersją planu wypowiedzi, który zrealizowałem w ramach prelekcji na tegorocznym Pyrkonie. Uznałem, że nie warto ubierać jej w formę narracyjną – postawiłem na szybkość przekazywania wiadomości.

Założeniem prelekcji było mocno uprościć historię i teorię, by od razu przejść do rpgowego mięcha. Stąd bardzo duża część odnosi się do stereotypów, nie faktów.

Przepraszam za interpunkcję i nieczytelność, ale tekst pisany na kolanie, przed chwilą.

Polecam polską stronę Bluesman.


I. Blues – założenia i teoria.

Nazwa – nazwa tego nurtu wywodzi się od pojęcia „blue”, które poza kolorem powiązane jest z typową dla niebieskiego (zwłaszcza granatu) melancholią. Blues to „muzyka wynikająca z melancholii”, co nie znaczy, że zawsze musi być przygnębiający.

Pochodzenie i etapy – nie wiadomo, kiedy nastąpiły początki bluesa. Wywodzi się z kręgów amerykańskich Murzynów (patrz: Społeczność) prawdopodobnie z lat 90 XIX wieku (teorie wahają się od lat 70 do początków wieku XX). Zwłaszcza u początków istnienia można by uznać blues za rodzaj folku. Po II Wojnie Światowej gatunek, mimo licznych odłamów, mocno stracił na popularności. Z muzyki wiejskiej zaczęto przenosić się na gitary elektryczne, przechodzono po gospel, soul i jeden z wielu nurtów wywodzonych z bluesa – rocka. Na przełomie lat 50 i 60 bluesa zaczęli wykonywać biali Anglicy, przez co nastąpił renesans (sięganie po klasykę, nowe prądy jak rhythm'n'blues, odejście od opinii „muzyki dla idiotów”, covery dawnych albumów, powroty dawno zapomnianych gwiazd). Na przełomie lat 70 i 80 stary blues staje się wspomnieniem, rodzą się nowoczesne grupy, prawdziwe gwiazdy estrady (B.B. King), zauważa się atrakcyjność dla wyobraźni popkulturowej (film Blues Brothers), później powstają też nieanglojęzyczne grupy (np. polskie). Od tego momentu trudno mówić o bluesie jako całości, kończy się też pewna epoka. W XXI wieku blues, jak prawie cała kultura, zaczyna eksperymentować ze wszystkim, co popadnie, mieszając się z innymi nurtami.

Z serwisu Bluesman:
„Za symboliczną datę narodzin bluesa uznano 1903 rok. Stało się to na opustoszałej stacji kolejowej w Tutwiler w stanie Missisipi. Czarnoskóry kompozytor W.C. Handy oczekiwał wtedy na pociąg do Clarksdale (...). Jednak pociąg spóźniał się kilka godzin, więc postanowił przed jego przyjazdem zdrzemnąć się na ławce. Obudziły go – jak się później wyraził – „najdziwniejsze dźwięki, jakie kiedykolwiek słyszał”. Jak się okazało, na stację przybył również biedny, czarny muzyk. Aby umilić sobie czas do przyjazdu pociągu usiadł na ławce koło śpiącego Handy'ego i zaczął śpiewać przy akompaniamencie gitary, powtarzając wielokrotnie refren „Goin' Where The Southern Cross The Dog”. Handy natychmiast zanotował usłyszane melodie, a fakt ten z czasem uznano za odkrycie bluesa – nowego gatunku w muzyce.”

Z bluesem kojarzymy gospel i tzw. work songi (utwory śpiewane przy wykonywaniu różnych prac).

Społeczność – Murzyni w Stanach zyskali względną niezależność po wojnie secesyjnej (lata 60 XIX wieku), jednak nieustannie byli poddani rasizmowi i nie żyli na prawach równych białym obywatelom państwa. Ogromny procent analfabetów i życie w izolacji doprowadziło do tworzenia niemal samodzielnych struktur społecznych. Stąd można mówić, że musiało minąć sporo dekad, nim Murzyni stali się Afroamerykanami. Z tego powodu sztuka tamtych czasów często wymykała się skodyfikowaniu, pozostawała elementem kultury ludowej, nieliterackiej, często sięgającej po tradycyjne religie Afryki lub przeciwnie – odwołującej się do mocno uproszczonych poglądów misjonarzy tzw. wolnych kościołów chrześcijańskich (gospel).

Częstymi motywami kultury murzyńskiej są bieda, głód, śmierć, Bóg, rodzina, tęsknota, zagubienie w życiu (duchowym, ale też materialnym czy społecznym).

II. Stereotypowy utwór bluesowy.

Instrumenty – u początków XX wieku – klaskanie, uderzanie przedmiotami i nogami o ziemię do rytmu nadawanego przez przewodnika „chóru”. Później doszły do tego harmonijki, tragicznej jakości instrumenty muzyczne (banjo, gitara, skrzypce), wreszcie pianino czy instrumenty dęte (w przypadku zespołów – trochę kiepsko się śpiewa przy dmuchaniu w saksofon, harmonijka tu zresztą jest niewiele lepsza. Ostatecznie tę gałąź pozostawiono raczej jezzowi). Stereotypowym instrumentem bluesmana pozostanie gitara klasyczna lub akustyczna, zwłaszcza, że stopniowo instrument ten zaczął być uważany za równie wartościowy, co instrumenty muzyki klasycznej (działania m. in. Andres Segovii).

Tematyka – stereotypowy utwór bluesowy dotyczy nieszczęśliwej miłości, biedy, poszukiwań Boga, smutku (częsty motyw „i feel blues”, później przenoszony na zwykłe śpiewanie o samym „bluesie” - co dotyczyć może jednocześnie stanu ducha, jak i „ukojenia” leżącego we własnej twórczości – później jest to częsty motyw w rocku czy rapie).

Język – blues nasycony jest wiejskimi akcentami i dykcją, odnosi się do języka potocznego, często jest niecenzuralny lub rubaszny.

Ironia – w bluesie typowa jest ironia (realizowanie komunikatów niezgodnych z faktycznie przekazywaną treścią). Obok utworów w pełni pozbawionych ironii (zwłaszcza miłosnych), da się znaleźć sporo pozornych sprzeczności (np. radosne śpiewanie o własnym nieszczęściu).

Polityczna niepoprawność – stereotypowy bluesman jest niepoprawny politycznie i nie boi się poruszać w swoich utworach motywów tabu. Jako pierwsi poruszali w muzyce kwestie niewiary, narkotyków, polityki czy homoseksualizmu.

„Towntheme” – ciekawy materiał do wykorzystania w RPG – blues zrodził wiele utworów odnoszących się do konkretnych miejscowości. Kawałki takie jak Chicago, Dallas itp., da się bez problemu wykorzystać jako muzykę przygody lub przestrzeni.

III. Stereotypowy bluesman.

Elegancki i czarny facet – biały bluesman to nie bluesman. To późno rozwinięte popłuczyny rozwiniętej kultury bluesa. Prawdziwy bluesman jest Murzynem lub (później) Afroamerykaninem wywodzącym się z biednych kręgów (zwłaszcza wiejskich), żyjący w Stanach, na co dzień przywdziewający garnitur w nadziei, że przynajmniej okazując innym ludziom szacunek utoruje sobie trasę do zarobków i koncertów. Blueswoman (czy, po „polsku”, bluesmanki, lol) są raczej zjawiskiem rzadkim – nie ma to wyjaśnienia innego, jak seksistowski podział ról (kobiety do garów, chłopy do kos i gitar).

Samouk – Z serwisu bluesman:
„Droga do kariery pierwszych gwiazd bluesa była jednak trudna. Wiejscy muzycy stali początkowo na samym dnie hierarchii społecznej. Uważano ich za nierobów, gdyż nie chcieli pracować na plantacjach, z których dochody czerpały tysiące rodzin. Musieli oni opuszczać rodzinne strony i szukać miejsca, gdzie grą i śpiewem zarobią na utrzymanie. Podróżowali z farmy do farmy, co zauważyli właściciele plantacji, zatrudniając ich na potańcówkach.”
Z drugiej strony, bardzo wielu muzyków nie mogło pracować, gdyż, mówiąc wprost, byli niepełnosprawni. Zwłaszcza niewidomi dostawali do rąk instrumenty muzyczne – stąd wielu muzyków nosiło tytuły takie jak „Blind Lemon Jefferson” czy „Blind Willie Johnson”. Byli oni literalnie niewidomi. Zresztą podobnie zaczynał Ray Charles, który z bluesem związany był co najwyżej kilkoma utworami.

Ci z młodych, którzy wykazywali talent, bywali wysyłani do dorosłych muzyków w ramach szkolenia. Ta „szkoła” muzyczna była więc w ogromnej mierze dostosowana do trybu mistrza i ucznia. Nic dziwnego, że wykorzystywano charakterystyczne metody gry (jak wykorzystywanie kciuka w łapaniu akordów czy gry przy pomocy butelki, tzw. bottleneck, później dopracowany jako slide), stereotypowy chwyt instrumentu (często bluesmani trzymali gitarę nie w poziomie, lecz na ukos, trzymając gryf o wiele wyżej, niż pudło) i wreszcie wyjątkowo odchodzące od klasycznych stroje gitar (skoro oni sami sobie musieli stroić instrumenty, nic dziwnego, że niektóre utwory były grywane na takich strojach jak DBGDGD, co w języków laików znaczy mniej więcej „O_o”).

Standardy zmieniły się, gdy blues zaczął być słuchany i wykonywany w miastach.

Samotnik – bluesman to podróżnik. W swoim życiu widział (lub nie) przynajmniej kilka stanów i kilkadziesiąt miast i wsi. Ma sporo znajomości i przelotnych romansów na karku. Czasem dystyngowani i sławni, czasem stojący na granicy żebractwa, w poniżająco postrzępionych ciuchach. Cały majątek nosi w walizce i na sobie, żyje chwilą i rozpacza nieumiejętnością stworzenia stałych więzi.

Nosi gitarę – w futerale. Nie, bluesmani nie chodzą z gitarą na wierzchu, używają futerałów. Jakbyście nie wiedzieli, o „artyści” z DeviantArta, gitara po deszczu jest wyjątkowo podatna na krytyki.

Przeżywający niestabilność poglądów – czy fanatyk, czy bezbożnik, nie ma znaczenia – bluesmani wyjątkowo mocno rozdrapują swoją relację (lub jej brak) z Bogiem. Szczególnie mocno rozdarci są między hedonistycznym pożądaniem szczęścia „tu i teraz” a stabilizacją i dbałości o swój skarb w Królestwie Bożym. Rozbijając się o te skrajności, często będzie szukał zapomnienia w prochach, procentach, fajkach (pamiętaj – szkodliwość papierosów została ujawniona dopiero po IIWW, do tego momentu były jedynie hipotezy i podejrzenia) i kolejnych kochankach, by w końcu ponownie wylać swe serce przed Panem w słowach utworu.

Charyzmatyczny – bluesman musi potrafić oczarować publiczność nie tylko grą, ale też aparycją (niekoniecznie atrakcyjną), aurą tajemniczości i poczuciem humoru.

IV. Motywy do wykorzystania na sesji.

Muzyka przygody i przestrzeni – doskonała, mogąca posiadać motywację w świecie gry, świetnie komponująca się ze Stanami lat 30 – 60.

NPC/PC – groteska + stereotyp = raj w sesjach pulpowych lub takich, gdzie chcemy wstawić konkretną postać o możliwie charakterystycznej aparycji i cechach, bez zanurzania się w jej jakże głęboką psychikę. Czarny w garniaku, fajką w ustach, czarnymi okularami, walizeczką i gitarą świetnie sprawuje taką funkcję.

Bluesmani jako NPC mogą doskonale wpasować się w model tajnych informatorów, którzy nie ulegając presji władz mówią o rzeczach niewygodnych, znając też mniej legalne zakamarki społeczeństwa.

Okultyzm – motyw „devil bluesa” przejawiał się w popkulturze bardzo często. Choćby wątek Roberta Johnsona (obecny w jednym z ciekawszych odcinków serialu Supernatural). W skrócie RJ to muzyk, który wydał kilkadziesiąt kawałków, zaskoczył wszystkich genialnymi umiejętnościami gry na gitarze i niezłym śpiewem, by nagle zniknąć. Zwolennicy teorii spiskowych doszukali się w jego tekstach dziwacznych odniesień mówiąc, że mąż ten niezwykle często odnosił się do sfer diabelskich. Tego typu wątków znaleźć można więcej, a wymyślać je bez krępacji.

Cytat z serwisu Bluesman:
„W Delcie rzeki Missisipi mawiano, że jeśli początkujący bluesman stanie w ciemną, bezksiężycową noc przy pustym, wiejskim rozdrożu, może przyjść do niego szatan. Zawarty zostanie wówczas pakt o duszę bluesmana, który zapewni mu łatwe pieniądze, kobiety, whisky i sławę na resztę życia.”
W mej ulubionej wersji tej legendy diabeł przychodzi odziany w elegancki garnitur i stroi gitarę nieszczęsnego muzyka, co przypieczętowuje pakt.

Gitara przeklętego bluesmana jako gadżet w Wolsungu? Czemu nie.

Cthulhu blues – bluesmani nieźle się odnajdują również jako przedstawiciele kast prorockich i zakazanych ugrupowań. Powiązania z masonerią, sekretne bractwo wędrowców-muzyków, wiedza opętanych proroków, świadomość życia wampirzych klanów, voodoo i hoodoo – wszystko da się wcisnąć stereotypowej postaci na sesji.

Wrogowie – rasiści (w tym komuchy, naziole), ucieczki przed KKK, rywalizacja z innymi bluesmanami, szukanie schronienia przed egzekwującym dług gangiem i pragnącej zemsty kochanką – trudno o odnalezienie równej ilości naturalnych wrogów, których nasi gracze spróbują powstrzymać lub wspomóc w działaniu.

Wątki refleksyjne – jeden z muzyków, tzw. Son House, chciał zostać baptystycznym pastorem, jednak zrezygnował z tego na rzecz bluesa. Chociaż do końca życia tworzył teksty zawierające religijne wątki i wykonywał na koncertach proste utwory gospel, nigdy nie był przekonany, czy podjął słuszną decyzję. Wreszcie, zrozpaczony, zanurzył się w pijaństwie które – podobno – odebrało mu życie. Bluesmani to wdzięczny materiał do ukazania ludzi zrujnowanych, przygnębionych, rozdartych i mających coś do powiedzenia o trudach życia.

V. Przykłady z popkultury.

Filmy must watch, jeżeli chcemy pogłębić stereotypową sylwetkę bluesowych NPCów:
- Blues Brothers – każdy zna, niemal każdy widział. Co prawda bohaterowie są biali jak śnieg i wykonują raczej rhythm'n'bluesa, niemniej utrwalenie braci Blues wraz z hasłami takimi jak „bluesmobile” czy „we're on a mission from God” wyjątkowo mocno zapadają w pamięć.
- O Brother Where Art Thou – zabawny i ciekawy film przedstawiający targane ubóstwem, groteskowe Stany z pierwszej połowy wieku XX z dobrze wykorzystanym nawiązaniem do legendy o diable na rozstaju dróg.
- Ray – film właściwie nie dotyczy bluesa, jednak przedstawienie genialnego muzyka od nieco uproszczonej i słusznie nieprzychylnej strony sprawia przeplatane jest kulisami przemysłu muzycznego, życia wypełnionego zdradą i uzależnieniem oraz zapadającego w pamięć wyobrażenia biedy wiejskich Murzynów.
- The Greate Debaters – bluesa tu niewiele, ale daje wyobrażenie o tle życia pierwszych Afroamerykanów.

Muzyczne przykłady genialnego bluesa i garść ilustracji w niedzielę!