Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tło. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tło. Pokaż wszystkie posty

16 lut 2011

Assasin's Creed 1 / 2 – soundtracks

Nieco mnie bawi, że oba sountracki z AC zostały stworzone przez jedną osobę – Jesper Kyda. Słuchając ich absolutnie nic na to nie wskazuje. Są tak odległe i wytwarzają tak różne emocje, że ustawienie ich w jednym rzędzie jest właściwie błędne. W ogólnym zarysie muzykę do AC1 da się opisać jako zespół mniej lub bardziej urozmaiconych szumów; AC2 natomiast jest w znacznej części (co nie znaczy – w większości) udanym zbiorem „faktycznej” muzyki. To trochę jakby porównać Fallouta z Planescape: Torment – to, że słyszałeś jedno, nie znaczy, że jesteś przygotowany na drugie.

Oba z nich są jednak na swój sposób dobre.

27 sty 2011

Japońskie pitolenie, ostatnie natarcie – kompilacja

(Okazało się, że to nie bongosy, tylko kongi. Bongosy są małe. Kongi duże. Muszę zapamiętać.)

Dzisiaj będzie dużo muzyki, komentarze zaś jak najoszczędniejsze i – mam nadzieję – najtreściwsze. Przy każdym albumie dosłownie kilka zdań i sugerowane zastosowanie. Mam nadzieję, że takie rozwiązanie Wam się przyda – o japońskim folku powiedziałem już, co do powiedzenia miałem, a gdybym chciał wrzucić jako recenzje wszystkie albumy, musiałbym japoński miesiąc przełożyć na luty.

Osiem zespołów. Start!

Kiyoshi Yoshida - Asian Drums





Album w większości jest bardzo konsekwentny. Bębny i elektronika – bardzo dynamiczne, jednak przez klawisze czasem zdaje się nazbyt sielankowe. Przeznaczone do scen akcji, walk, ale raczej dynamicznych, niż epickich i śmiertelnie poważnych. „Fireworks” to chyba najlepszy kawałek. Album przerzedzony króciutkimi odskoczniami np. w stronę cytr, ale właściwie nie wymaga zbyt dużej uwagi, toteż po jednym odsłuchaniu i oddzieleniu ziarna od plew łatwo możemy przygotować muzykę uniwersalną do podkręcenia napięcia.

16 sty 2011

Niedzielna polecanka #20

Dzisiejsze dwa utwory są, jak dla mnie, jednym utworem który naprawdę niczym się nie różni, dla czystych rąk jednak informuję: tak, album „El-Hadra” Klausa Wiese'a, na którym zawarte są The Mystik Dance I i The Mystik Dance II ma dwa utwory.

Tytuł albumu zresztą podobno oznacza to samo, co tytuły piosenek. I niektóre sklepy w sieci oferują go jako jeden utwór o ponad pięćdziesięciu minutach.

Utw(o)ór(y) są kwintesencją muzyki tła. Nie znaczy to, że zawsze byśmy je wykorzystali lub że zapewnią Genialny Klimat ™. Jest to samozwańcza muzyka relaksacyjna, medytacyjna, czyli w gruncie rzeczy nudna – składa się z elektronicznego szumu, czegoś na kształt instrumentów perkusyjnych i ciekawych zabaw cymbałami. Jest monotonna (co więcej – ona się przez kilka minut rozkręca), przez to – stabilna.

Powiem tak. Na pewno wykorzystam te kawałki, jak poślę graczy do jakiegoś klasztoru shintao. Na pewno da się je ciekawie wykorzystać. I na pewno kiedyś, będąc na sesji improwizowanej przy komputerze z siecią, odpalę go sobie na Wrzucie.

Ale nie ukrywajmy: gracze raczej przez pięćdziesiąt minut nie wytrzymają.


12 sty 2011

Kunaicho Gakubu – Japanese Traditional Music: Gagaku


Osobiście nie jestem zainteresowany gagaku, konwencją muzycznej, powiązanej z tradycyjną muzyką Japonii. Jako, że w L5K nie gram, by poznać rzadko kiedy przydatne czy interesujące tajniki historii i kultury Japonii, a osoby mi w grze towarzyszące również nie odczuwają takiej potrzeby, muzykę wrzucam bazując na jej brzmieniu, nie zaś sensowności ulokowania w Rokuganie czy symboliki.

Gagaku to muzyka dziwaczna, zdolna doprowadzić uszy do utraty wosku. Niektóre z instrumentów potrafią wejść na tak wysokie dźwięki, że autentycznie boli mnie od nich głowa. Zresztą, przekonajcie się sami:


Zabrzmiałem trochę zjadliwie, ale bez żartów: wielu ludzi ceni ten nurt, jest powiązany z ceremoniałami religijnymi i przypuszczam, że po zrozumieniu jego założeń mógłbym go docenić.

Album, którego obrazek widzicie u góry notki, wykorzystywałem już nieraz. Dwanaście utworów, składających się na sześćdziesiąt siedem minut muzyki, z której właściwie niczego nie musimy wywalać. Płyta jest tak spójna, że trudno wręcz zauważyć, że co jakiś czas pieśń się zmienia.

Zmiany zresztą są zgoła nieznaczne. Głównymi instrumentami gagaku są flety, których w Europie raczej się nie używa. Mają przenikliwy dźwięk, wysoki i sięgający wręcz szpiku naszego muzykalnego gustu. W różnych utworach inny każdy flet pełni nieco inną rolę. Poza nimi występują właściwie tylko zaznaczone instrumenty perkusyjne, głównie bębny i dzwonki. Cytry: rzadko, ale nie są zabronione. Jedyny utwór z wokalem, konkretnie chórem, to Motomeko No Uta – chyba najciekawszy, właściwie samodzielny rekwizyt.


(Słyszycie mnichów i shugenja kroczących po wnętrzach klasztoru na szczycie góry, oddających się codziennej medytacji, gdy zaraz po świcie między pokojami wznoszą się sylaby idealne, czyste i białe jak najpiękniejsza pustka?)

Ten album jest tłem. Jest nudny i monotonny. Ale na swój sposób straszny. Na swój sposób sięga daleko poza horyzont. Może moja wyobraźnia płata figle, ale nie wyobrażam go sobie pośród lasów, czy przy jeziorku. Bezkresne oceany, miasta-labirynty, pałace położone pośród gór – gagaku z mej perspektywy powinien rozchodzić się wszędzie wokół.

W praktyce używam go przede wszystkim, gdy chcę wprowadzić elementy grozy lub elementy nadnaturalne. Muzyka ta budzi – chociażby we mnie – niepokój, chociaż przyznam, że dla przyjemności nie jestem w stanie jej słuchać. Jeżeli jednak nasi samurajowie wybierają się do miejsca, które od samego początku zakłóca ich ducha – może warto to podkreślić właśnie tym krążkiem?

Muzyka tła: 3/5 – o ile gracze nie zaczną z irytacji gryźć krzeseł, możemy w razie potrzeby wrzucić cały album bez selekcji. Na pół godziny, godzinę powinno starczyć, ale gagaku szybko męczy – niestety, monotonia jest zbyt wielka;
Muzyka obszaru: 3,5/5 – nawiedzone świątynie, oblężone fortece, tajemnica, mgła, groza. Da się pobawić, zwłaszcza, że albumu nie trzeba selekcjonować;
Muzyka przygody: 1,5/5 – album raczej nie generuje pomysłów na fajne przygody ani ich nie podkreśla. Ale połowa punktu należy się za utwór dwunasty;
Muzyka drużyny: Nie.



19 gru 2010

Niedzielna polecanka #19

(Awaria dysku twardego.
Aktualizacja robiona z tego, co akurat znalazłem na zapasowym sprzęcie.)

Dziwaczna nazwa zespołu, trudny do określenia styl. Większość ich twórczości uważam za nużącą i niewartą uwagi, niemniej to, co załączam, stanowi niemal dwadzieścia minut muzyki tła.

Atmosfera melancholijna, minimalizm połączony z grozą. Po jednym przesłuchaniu ma się właściwie cały obraz ich potencjału, toteż bez szczególnego wysiłku wiemy, czy warto to zachować, czy też odrzucić w pieruny.

I na 100% puściłbym te kawałki przy kiczowatej, sztampowej sesji z mhrocznymi wąpierzami.



16 gru 2010

Radość, płacz i Francja, czyli soundtrack z Amelii


Na ostatniej sesji Wolsunga (oczywiście na mechanice Savage Worlds) prowadzący posłał młodego, ambitnego gnoma oraz alfhejmską agentkę specjalną do Aquitanii, odpowiednika Francji. Do miejsce, które opisał jako „miasto artystów i sztuki”. Zakłócił jednak najważniejszą umowę dotyczącą muzyki na sesji i zamiast włączyć „muzykę, która odpowiada wszystkim uczestnikom sesji” włączył „soundtrack z animca, który ostatni mi się podobał”.

Nie mówię, że nie jest możliwe stworzenie klimatu steampunkowego Paryża przy pomocy losowych piosenkarek z Japonii. Po prostu nie potrafię sobie tego wyobrazić.

Stąd przyszło mi na myśl, że jeżeli wyślę kiedyś graczy do Francji, to o ile nie będę prowadził sesji wojennej czy Cthulhu, na pewno użyję soundtracku z Amelii.

Yann Tiersen jest twórcą znanym, Amelię widział niemal każdy – w tym między innymi tkwi siła niemal godzinnej ścieżki dźwiękowej. Powiem szczerze, że nie wiem, czy harmoszki i cymbałki (?) są w jakikolwiek sposób powiązane z tradycyjną muzyką francuską. Właściwie o muzyce francuskiej nie wiem nic, jedynie tyle, że nie lubię francuskiego śpiewu. Jako jednak, że Amelia z Paryżem kojarzy się nierozerwalnie, za każdym razem, gdy słucham nielicznych utworów, które w tym filmie mi się podobały, myślami krążę po słonecznych, zadbanych ulicach wielkiego miasta, z rowerzystami i kształtnymi niczym plastikowy odlew drzewami.

W skład soundtracku wchodzi w gruncie rzeczy kilka podgrup:
- posiadające przodujący akordeon utwory, mocno kojarzące się ze słynnym „La Valse D'Amelie”. Prawie dwadzieścia pięć minut bardzo spójnej ścieżki w sam raz na tło restauracji, kawiarni, romansów, jednocześnie dynamiczne i radosne, charakterystyczne i uspokajające. Mocno sielankowy klimat;
- utwory, w których dominującą rolę pełnią pianino, skrzypce lub (w jednym przypadku) orkiestra. Wliczyć tu można arcysłynny i piękny „Comtine D'un Autre Ete L'apres Midi”, którego dziesiątki coverów znaleźć można na YT czy naprawdę dramatyczne „Sur le fil”. Muzyka melancholijna, spokojna, moim zdaniem najbardziej udana ze zbioru. Niespełna dwadzieścia minut idealnych do scen krążących wokół emocji przygnębiających, a nie dążących do gwałtownego przejścia w stronę Akcji;
- przyprawiające o ból zębów kawałki, których nie da się słuchać na poważnie, jednak jako muzyka przygody mogą mieć dobre zastosowanie. Dziecko grające „La Valse Des Monstres” czy „ La Redecouverte”, leniwie wyciekające z radia „Si Tu N'Etais Pas La” czy „Guilty”, wreszcie wprawiające w niesmak „La Dispute” wprowadzone na estetyce groteski jako tło do potyczki nieopodal ulicznych muzyków. Niemal kwadrans dziwacznych utworów, których bardzo nie lubię, ale nie sposób nie zauważyć ich potencjału.

Soundtrack na tyle charakterystyczny, że wręcz narzucający wizję przestrzeni i klimat. Spójny, łatwy do pogrupowania, napełniający pomysłami, obfitujący w filmowe skojarzenia. No i w końcu – po prostu przyjemna muzyka, wzbudzająca we mnie i w mych drżących od zimna dłoniach tęsknotę za wiosną.

Muzyka tła: 2/5 – o ile wyodrębnimy zawczasu główne kategorie, możemy pierwszą z nich puścić jako urozmaicenie sesji radosnych, lekkich, drugą – jako dopełnienie muzyki melancholijnej. Nie jest to najlepszy wybór, nie starcza też na długo, niemniej jest to nie najgorszy przerywnik;
Muzyka obszaru: 4/5 – uzupełniamy w idealny sposób składanki „kawiarnia, restauracja, artysta, radość, Francja, miasto, wiosna”, ale też „melancholia, przygnębienie, napięcie, koncert pianisty”. Świetny materiał do dołączenia do już istniejących składanek, chociaż raczej kiepski fundament, punkt wyjścia ;
Muzyka przygody: 4/5 – muzyka, która sama daje pomysły na sceny. „Sur le fil” jako tło do tragedii rozgrywającej się na francuskiej scenie? Grajkowie spotkani na nowoczesnym jarmarku? Tło do NPCów? Znajdziemy tu wiele inspiracji;
Muzyka drużyny: Tak.








12 gru 2010

Niedzielna polecanka #18

Zespół, który szczególnie chciałbym poznać, lecz ostatnio brakuje mi na to czasu, jest raczej rzadko odsłuchiwany. Jak podaje LastFM, Skalpel bardziej popularny był za granicą, niż w Polsce, co przy fakcie, że nad Wisłą jazz nie cieszy się popularnością (sam go nie rozumiem) nie zaskakuje.

Sam sobie wyznaczam zadanie – zapoznać się z większą ilością twórczości wrocławskich muzyków i przeprowadzić z jej pomocą sesję. Powód: tego typu muzyka posiada ogromny potencjał jako muzyka przygody, także jako groteskowe tło. Na dwóch poniższych kawałkach spędziłem kilka godzin przy Diablo 1 (wiem, wiem, to nie cRPG) i zaowocowało to ogromną zmianą nastroju – może nie na lepsze, lecz na pewno na coś nowego, odświeżającego.

Jak myślicie – bylibyście w stanie poprowadzić przy czymś takim Wolsunga albo dungeon crawling?


/

Ja spróbuję.

1 gru 2010

Loreena McKennitt


Jeżeli miałbym wypisać szczególnie ważne dla rozwoju mego gustu muzycznego zespoły, na jednym z ważnych miejsc bezwzględnie pojawiłaby się Loreena McKennitt. Kobieta, której imię i nazwisko zapisując zawsze się zastanawiam, ile powinno być o, e, t, n i a. Ortograficzne szaleństwo. Na miejscu honorowym zaś umieściłbym utwór poniższy, choć przyznam, że obecnie nie wzbudza we mnie wielkich emocji:


Nie będę ukrywał, że o ile sławna stała się jako wykonawczyni tradycyjnej muzyki irlandzkiej (sama będąc śpiewaczką i harfiarką o irlandzkich korzeniach), właściwie znam ją przede wszystkim z albumów „The Book of Secrets” i „An Ancient Muse”, mających z tym nurtem niewiele wspólnego. Pierwsze albumy (sam je określam jako należące do „epoki harfy”) faktycznie zawierają typowy, irlandzki folk, jednak jakoś wykonanie artystki niezbyt mnie doń przekonuje. Natomiast albumy późniejsze („epoka poharfijna”), nawiązujące do różnych nurtów tradycyjnych z całego świata (znacie takie lakoniczne pojęcie jak „world music”?), charakteryzując się mocno podkreślonym rytmem i wyraźnymi, choć wcale skomplikowanymi melodiami, często wykorzystującymi całą paletę egzotycznych instrumentów.

Głos prawie zawsze kobiecy, dość niski, ponoć to sopran, ale mam wrażenie, że śpiewa dość różnorodnie, głównie po angielsku (tj. w jednym z dialektów „kanadyjskiego”), czasem jedynie zawodząc. Nie sposób tu szukać perkusji, trudno gitar czy klawiszy, łatwo natomiast instrumentów dętych, szarpanych, wielu przeszkadzajek. Dobrze sobie przypomnieć, że zbiór grzechotek, stukających o siebie kijków, djembe i dundunów potrafią w pełni się obronić jako wartościowe elementy melodii.

Przyznam, że najnowszych albumów Loreeny nie znam. Nie potrafię powiedzieć, w jaką stronę zmierza i ewoluuje. A szkoda. Postaram się nadrobić w wolnej chwili.

Może zabrzmi to niepoprawnie politycznie, ale wydaje mi się, że utwory McKennitt nie przez przypadek są słuchane głównie przez kobiety. Jest to prawdziwie delikatna, subtelna gra muzyki spokojnej, podkreślanej śpiewem wypełnionym emocjami. Ok, nie jestem osobą o mocno zakorzenionej świadomości genderowej i nie potrafię precyzyjnie wyrazić, dlaczego muzyka ta jest według mnie bardziej „kobieca” niż „męska”, niemniej zdecydowana większość osób, które miały okazję ze mną o niej porozmawiać, należało do stanu niewieściego.

Muzyka tła: 3/5 – tak, o ile nie planujemy scen akcji a graczom nie przeszkadzają klimaty New Age. Jest spokojnie, kontemplacyjnie (ta, muzyka kontemplacyjna. Uwierzę, jak zobaczę), przy tym właściwie całkiem fantasy. Mankamentem może być duża ilość utworów z wokalem, ale jeżeli zazwyczaj puszczamy pozbawione śpiewu tło, może warto dać im szansę;
Muzyka obszaru: 3/5 – pojedyncze utwory mogą wzmocnić składanki mniej i bardziej rzadko używane, od „podróży”, poprzez „żydowskie miasto” czy „przyjęcie” do „Wigilii”;
Muzyka przygody: 3/5 – zdecydowanie warto odsłuchać i zachować najciekawsze dla nas utwory Loreeny, pamiętając o ich istnieniu. Znajdziemy tu sporo utworów na sytuacje dziwne, czasem wręcz bardzo dziwne i jestem w stanie sobie wyobrazić sceny wręcz do nich naginane, zwłaszcza, jeżeli dotyczą podróży po świecie (Wolsung?) w krajach egzotycznych. Niestety, nie znajdziemy tu ciekawych battle tracków czy utworów na potrzeby scen akcji;
Muzyka drużyny: Nie.



Przykład, jak zwykłe „Fel shara” może przekształcić się w śmiertelnie poważne „Sacred Shabbat”. Cóż, licentia poetica:






3 lis 2010

Ludowo, ale nie ludycznie


Drugim źródłem inspiracji jest dla mnie muzyka ludowa. Kawałki irlandzkie wbrew pozorom trudno dobrać jako podkład do sesji. U mnie dużo lepiej sprawdza się folk bretoński czy szwedzki. Muzyka z tych regionów jest mniej ograna na sesjach, a dzięki silnemu skupieniu na rytmie, z powodzeniem nadaje się jako podkład (...)
Ezechiel

Te mądre słowa sprawiły, że w przyszłym tygodniu prawdopodobnie pojawi się krótkie omówienie twórczości słynnej Garmarny. Tym razem, w tym samym tonie: Tenhi (co znaczyć ma ponoć „mędrca”, „jasnowidza”), wraz z albumami Maaäet oraz Väre.

Grupa ta przez pewien czas znana była jako finlandzki „dark folk”, ale, że termin ten nie ma skodyfikowanego znaczenia, obecnie się mówi po prostu o grupie neofolkowej. Gdybym miał spróbować opisać, jak „dark folk” interpretuję, powiedziałbym: folk pozbawiony przejawów radości, często z muzyką ludową kojarzonych.

Tenhi nie należy wiązać z konkretnymi tradycjami folkowymi. Korzystają z instrumentów często zapożyczonych z rejonów bardzo mocno oddalonych od Skandynawii, zwłaszcza Afryki, nie wspominając już o regularnie używanej perkusji (nie wyklucza to obecności wielu innych instrumentów perkusyjnych), gitarach (głównie akustycznych), skrzypcach i klawiszach. Właściwie „ludowość” tego zespołu jest dla mnie wielką zagadką, gdyż oczekiwałbym od tego nurtu mocnego osadzenia w jakiejś kulturze.

Jedną z wielkich zalet Tenhi jest napisanie wszystkich tekstów w języku fińskim. Zgodnie więc z oczekiwaniami, poszczególne partie nie będą się kojarzyć przeciętnemu graczowi nie znającemu sanskrytu z absolutnie niczym. Zresztą jak można próbować zrozumieć język, w którym pierwsze dziesięć liczebników to, poczynając od jedynki, kolejno: yksi (1), kaksi (2), kolme (3), neljä (4), viisi (5), kuusi (6), seitsemän (7), kahdeksan (8), yhdeksän (9) i kymmenen (10).

Jako jednak, że 90% muzyków pisze żenujące teksty, które budzą pocieszny śmiech, jest to rozwiązanie dla nas bardzo przydatne. Nie będzie parsknięć i usprawiedliwionych cytatów na offtopie – męski, niski głos, z ewentualnym dodatkiem chórów pozostanie dla nas tylko kolejnym instrumentem. W dodatku prowadzący będzie mógł włożyć w usta wokalisty jakąkolwiek treść, nie bojąc się przyłapania na nieprawdzie.

Utwory są zazwyczaj proste, posiadają powtarzającą się, urozmaicaną nielicznymi instrumentami melodię. Właściwie wszystkie z ciekawych utworów są melancholijne i spokojne, choć zdarzają się „heroiczne” wzniesienia atmosfery (stąd nie wolno brać albumów w ciemno – należy je zawczasu przesłuchać, nierzadko poszczególne kawałki skracając). Bardzo mocny nacisk położono też na podkreślanie rytmu. Zdecydowana większość piosenek zamyka się w czterech, siedmiu minutach.

Trzeba przyznać, że właściwie co drugi utwór jest udany – jest to zaskakująco wysoki procent

Muzyka tła: 4/5 – po wyrzuceniu mniej więcej połowy utworów nieudanych i jeszcze kilku nazbyt niestałych w nastroju, utrzymujemy świetne tło dla konwencji fantasy. Wyraźne, zazwyczaj stabilne melodie, dosyć leniwe i melancholijne. Zespół ten zresztą robi świetny kombos z opisywanym wcześniej albumem Kveldssanger;
Muzyka obszaru: 3/5 – klimaty okołoskandynawskie, zwłaszcza w barwach pulpowej krainy śniegu. Osobiście zwykłem słuchać Tenhi zwłaszcza w okolicach grudniowych świąt i późniejszych miesięcy – wspomaga wyobraźnię. Problemem jest jednak wyraźnie wykraczający poza ramy konwencji dobór instrumentów, które trudno dopasować do pseudośredniowiecznych realiów („siedzicie w karczmie, a tam kolesie z drumlami, pianinem, fletem, gitarą i perką”). Bardziej więc nowoczesne pulpa i umowność, niż mimetyzm dawnych czasów;
Muzyka przygody: 2,5/5 – bez szczególnych trudów da się poszczególne kawałki dopasować zarówno do scen walki, jak i konkretnych lokacji czy postaci, niemniej sercem pozostanie zbiór spokojnych utworów, które można sobie puścić jako tło. Dotychczas jednak chętnie wykorzystywałem Tenhi przy wprowadzaniu elementów groteski towarzyszącej lękowi.
Muzyka drużyny: Tak.


Doskonałe otwarcie, trochę gorzej przy upływie czasu:

Po trochę nudnym początku fantastyczny refren, w którym genialnie wykorzystana została technika gry na wiolonczeli przy pomocy nie tyle smyczka, co szarpania strun, np. przy 1:10:

Utwór nieustannie kojarzy mi się z wigilią:



Battle track:

Battle track 2:


(Więcej o Tenhi w niedzielę!)

27 paź 2010

Na długą drogę


Wikipedia podaje:
Post-rock is a musical genre characterized by the use of instruments commonly associated with rock music, but using rhythms, harmonies, melodies, timbres, and chord progressions not traditionally found in rock. Post-rock musicians typically produce instrumental music.

Po tym zaskakująco klarownym wstępie przejdźmy od razu do przeciwwagi w postaci jak zwykle nietreściwego LastFM:
Labradford, to zespół grający coś pomiędzy post-rock iem, a muzyką eksperymentalną. (Interpunkcja i pisownia oryginalne.)

Hasło „post-rock” zapewne większości z Was nie kojarzy się z niczym konkretnym, nie jest to bowiem ani nurt szczególnie popularny, ani intuicyjny. Niemniej miks z „muzyką eksperymentalną”, która nie oznacza w praktyce nic (podobnie jak słynna „muzyka indie”, która de facto nie podsuwa żadnej informacji o muzyce zespołu) to już pełny odlot.

Dość żalów, czas na mięcho. Labradford należy do najczęściej odsłuchiwanych przeze mnie grup – w Stanach być może w latach dziewięćdziesiątych mogła się cieszyć względną popularnością, niemniej od niemal dekady jest nieaktywna i nie przebiła się do Słowian.

Zespół o charakterystycznej, niewymawialnej dla osób ze ślinotokiem nazwie pojawia się na mej liście za każdym razem, gdy dopada mnie muzyczna apatia. Jeżeli naprawdę nie mam ochoty na słuchanie czegokolwiek absorbującego, wszystko wydaje mi się (błędnie, oczywiście) przemielone, przeżute i dawno wyplute, włączam sobie wirgińskie (od jednego ze Stanów, nie tego, co Wam przyszło na myśl) szumy. Dopiero, jeżeli to nie pomoże, zaczynam się niepokoić.

Labradford wydał kilka albumów, jednak między nagraniami z '93 a roku dwa tysiące nie ma szczególnej różnicy (a z pewnością trudno ją określić po zaledwie jednym odsłuchaniu). Nieznaczne zmiany w nastroju sprawiają, że odczuwać można czasem znużenie i monotonię – wyłapując jednak z każdej płyty perełki, da się złożyć solidną, nieco melancholijną składankę.

Grupa warta jest wysiłku poświęconego na selekcję. Spójność i konsekwentny dobór dźwięków owocuje zbiorem nieco rozleniwiających, lecz bezpiecznie odległych od usypiania melodii. Słowo „melodia” użyte jest tu użyte ze szczególnie dużą niepewnością, gdyż poszczególne kawałki posiadają bardzo podobną kompozycję – zbiór harmonijnych dźwięków powtarza się przez kilka minut, nieustannie przecinanych przez, zdawałoby się, przypadkowe zakłócenia, pozwalających utrzymać uwagę na kolejnych minutach utworu. Najważniejszym instrumentem pozostanie, a jakże, elektryczna gitara, bez jednak silenia się na akordy i solówki – pojedyncze nuty, zdające się za wszelką cenę unikać pierwszego planu, świetnie obrazują cytowane u początku wpisu wyobrażenie post-rocka. Obok tego dużą rolę odgrywają klawisze i elektronika, właściwie zastępująca tradycyjne instrumenty perkusyjne.

Wokal jest w praktyce niezrozumiały. Jakieś pojedyncze pobąkiwania da się zarejestrować, ale w sieci samych tekstów nie da się odnaleźć. Nie jest to problemem – wokal zawsze pozostaje na granicy słyszalności, jako tylko bełkoczący dodatek do całego rzędu równoważnych instrumentów. Nie wybija się, jedynie urozmaica tło.

Wielkim problemem Labradforda dla celów RPGowych jest jego powolne tempo i praktycznie brak dynamicznych przejść. Jeżeli prowadzimy sesję po zachodzie słońca, po ciężkim dniu, po zgaszeniu świateł, atmosfera może stać się aż nazbyt spokojna.

Muzyka tła: 4/5 – trzeba sporo czasu poświęcić na wyrzucenie z albumów co nudniejszych kawałków, jednak po wszystkim otrzymamy ponad godzinę bardzo dobrej muzyki tła. Leniwej, pobrzmiewającej z boku, nie rozpraszającej narracji. Niemniej raczej odradzałbym użycie jej przy klimatach fantasy w średniowiecznej oprawie;
Muzyka obszaru: 3/5 – przypuszczam, że większość osób nie podzieliłaby mojego entuzjazmu do połączenia „literatura Lovecrafta + Labradford”, jednak dorzucenie zespołu do składanek wpisanych w światy futurystyczne, w tym nawet postapokaliptyczne nie powinno wzbudzić większego oporu;
Muzyka przygody: 2,5/5 – monotonna podróż, sesje unikające dynamicznej akcji, odpoczynek od heroicznych przygód. Da się, ale trzeba uważać na potencjalne znudzenie;
Muzyka drużyny: Nie.






20 paź 2010

Korzyści z istnienia kultury Majów


Istnieje pewien niezmiernie słaby film o nazwie Źródło, którego fabuła, morał, dosłowność, dialogi i gra aktorska są wręcz żałosne. Jest to jedna z produkcji, która skrócona o 25 minut byłaby o wiele, wiele lepsza.

Zaletami filmu są charakterystyczne, animowane sekwencje przedstawiające coś na kształt kosmosu (żeby nie mówić: wizualizację duchowych rozterek protagonisty) oraz prawdopodobnie najlepszy soundtrack filmowy, jaki dane mi było poznać. O ile więc „symbologia” filmu doprowadza do bólu zębów, same utwory (których tytuły nawiązują do konkretnych scen, będąc dla nas nieintuicyjne i nieprzydatne) stanowią czyste mistrzostwo.


Poziom kawałków waha się między „genialne” a „dobre”. Clint Mansell w przeszło czterdziestu sześciu minutach muzyki uniknął monotonii, choć cały soundtrack ze Źródła bazuje na mocno powiązanych melodiach. Chociaż większość płyty jest leniwa i melancholijna, zdarzają się mocne wybicia, które z jednej strony pobudzają słuchacza, z drugiej – podczas sesji mogłyby zakłócić planowaną narrację.

Niemniej jako uniwersalna muzyka tła do sesji pozbawionych scen akcji jest to „must have”, zaraz przed opisanym przy innej okazji soundtracku z Symetrii. Elektroniki jest tu co prawda jak na lekarstwo, ale album równie dobrze wpisze się w SF, jak i fantasy czy światy historyczne.


Poszczególne kawałki można bez większych trudności umotywować w świecie gry – do czynienia mamy z kwartetem smyczkowym, tworzącym zazwyczaj główną linię melodyczną, do tego dochodzą klawisze (być może odpowiedzialne za wspomniane fragmenty elektroniki), instrumenty perkusyjne, gitara elektryczna i rzadkie chóry.

Teoretycznie ostatni utwór, zawierający jedynie dźwięki pianina, mógłbym uznać za niekonsekwencję i najsłabsze ogniwo, znam jednak osoby uważające go za utwór pełny i wyśmienity. Po prostu nie posiadam dość umiejętności, by się do jakiegoś elementu przyczepić. Just enjoy some tracks.

Muzyka tła: 5/5 – jeżeli nie spodziewacie się rozgrywać scen akcji, ten album może łatwo zapełnić z dwie godziny gry;
Muzyka obszaru: 2/5 – można tym albumem urozmaicić składanki takie jak „melancholia, sen, koncert”, jednak przyznam, że sam bym go tak nie wykorzystał;
Muzyka przygody: 2/5 – jak powyżej. Można próbować, można szukać, ale sam poszukałbym raczej innych kawałków;
Muzyka drużyny: Nie.






Na marginesie. Jak już słuchacie utworów, ciekaw jestem, jak Wam podoba się zestawienie mojego tekstu z reckami profesjonalnych znawców muzyki i kinematografii, jak choćby tutaj. Teoretycznie jest tu bardzo dojrzały aparat krytyczny, jednak z mojej perspektywy tekst ten, choć niewątpliwie bardziej przemyślany i dojrzalszy od mojego, jest po prostu nudny. Jak Wy się na to zapatrujecie? Powinienem starać się bardziej wyczerpywać temat, silić na porównania itp., czy wolicie, jak dotychczas, krótki wstęp i skupienie na mięsie?

22 wrz 2010

Symetria


Symetria jest filmem o tyle barwnym, że banalny pomysł stoi w nim w sąsiedztwie z bardzo przyjemnymi, ciekawymi wątkami, tragiczna gra aktorska koło świetnej roli Andrzeja Chyry, dłużyzny obok klimatycznych zabaw światłocieniem i wspaniałej muzyki utworzonej przez Michała Lorenca. Osobiście to nazwisko uważam za całkiem nobilitujące, a że to Polak, to płytkę z soundtrackiem do Symetrii można na Allegro czasem kupić za dychę lub kilka złotych (o ile mamy możliwość odebrać ją osobiście). Polecam.

Muzyka z Symetrii jest mym ulubionym soundtrackiem z polskiego filmu. Jej podstawowym założeniem było przytłaczać – akcja dzieła rozgrywa się w więzieniu, naturalna więc miała być atmosfera klaustrofobiczna, lękliwa i melancholijna. Lorenc zdecydował się na dobranie konkretnej melodii, „main themu”, którego różne wariacje
słychać przez większą część nieco ponad półgodzinnego albumu. Dłuższe utwory (3 – 6,5 minut) są przerzedzone znacznie słabszymi przerywnikami, mającymi długość zazwyczaj krótszą od minuty. Trzecią grupą utworów są nieliczne, krótkie (do trzech i pół minuty) utwory co prawda nie odnoszące się do „main themu”, jednak nie mniej od niego ciekawych.

W praktyce podział ten przekłada się tak:
1. W ciemności – 4:22 – świetne;
2. Biegnąc, biegnąc – 2:26 – dobre;
3. Wszystko – 6:33 – świetne;
4. Zapomnisz – 1:02 – słabe;
5. Nagle – 2:55 – dobre;
6. Których dotknie – 3:38 – dobre;
7. Nie – 0:36 – słabe;
8. Bo – 3:48 – świetne;
9. Jest – 0:55 – słabe;
10. Pod powiekami – 0:38 – słabe;
11. Zobacz – 1:55 – dobre;
12. I wyrośnie różdżka z pnia Jessego - 2:57 – świetne.

(Może zastanawiacie się, czy powyższe tytuły można odczytać jako konkretną treść, np. „W ciemności biegnąc, biegnąc, wszystko zapomnisz nagle. Których dotknie – niebo jest pod powiekami. Zobacz i wyrośnie różdżka z pnia Jessego”, odpowiedź brzmi: nie wiem. Ale pobawić się można. Szyfr i sekretna treść ukryta w nazwach utworów? Czemu nie, fajny rekwizyt fabularny na sesję.)

Ponury nastrój utworów utrzyma się, gdy wyrzucimy wszystkie kawałki słabe – będące zazwyczaj dynamiczne, gwałtownie zwiększające tempo, niepotrzebnie wybijające z tempa i melodii reszty albumu. Świetnie pasuje do scen opisów, ale też nastroju grozy, smutku, refleksji, odpoczynku po długiej podróży czy krainy snów.

Przede wszystkim w skład albumu wchodzą smyczki. Nie jednak zwykły kwartet, lecz – a przynajmniej takie ma się wrażenie – rozległy plac wypełniony wiolonczelami, wzajemnie się uzupełniającymi i wzmacniającymi. W kilku kawałkach pojawia się – choć czasem trudno na to zwrócić uwagę mimo jej ogromnej roli – harfa orkiestrowa. Faktycznie sprzyja to zagrożeniu powstania uczucia monotonii, na szczęście jednak album w pełni się przed nią obronił.

Dwadzieścia pięć minut doskonałego tła. Równie dobrze wpasuje się zarówno w fantasy, jak i świat współczesny czy s-f. Jeżeli robimy sesję spontaniczną i nie mamy ochoty na coś szczególnie zabawnego, zaczynamy właśnie od tego albumu. Nawet, jeżeli go zapętlimy, zazwyczaj nie nudzi nam się wcześniej, jak po godzinie. W dodatku kawałki te mają dziwną tendencję do wygłuszania offtopu – jakoś na jego tle żarty tracą na wartości komicznej (co akurat zaletą być nie musi).

Muzyka tła: 4/5 – najczęściej używana przeze mnie muzyka tła. Jej wadami są utwory zbędne i mała ilość utworów, przez co po dwóch, trzech odsłuchaniach pod rząd można odczuć znużenie. Album więc nie powinien lecieć samodzielnie, zbyt często i zbyt długo, jednak sam w sobie zawiera muzykę wręcz genialną;
Muzyka obszaru: 2/5 – ewentualne koncerty orkiestrowe w filharmoniach i na bankietach tudzież lokacje mające przygotować graczy na nadchodzącą grozę. Niewiele mi przychodzi na myśl ponad to;
Muzyka przygody: 3/5 – można próbować. Jeżeli mamy tendencję do długich sesji, podczas których sceny dynamiczne dajemy naprzemiennie ze scenami spokojnymi, melancholijnymi, statecznymi, tu znajdziemy dużą pomoc. Poszczególne kawałki możemy też powiązać z konkretnymi pomieszczeniami, sytuacjami, postaciami;
Muzyka drużyny: Nie.






(Obrazek jest screenem z filmu.)

25 sie 2010

Jak ułożyć R'lyeh do snu


Świętujemy (my – plebs, ludzie, których sam przywoływany nie lubił) minioną rocznicę narodzin Lovecrafta.

Na album ten natrafiłem przypadkiem, poszukując ścieżki dźwiękowej nie na sesję, lecz do planszówki Arkham Horror. Jak już być może zauważyliście, unikam nadmiernego szafowania nazwami gatunków muzycznych i rozwodzenia się nad ich znaczeniem. Wynika to głównie z lenistwa, ale też z walki o zdrowie psychiczne, bowiem Necronomicon, utworzony przez grupę Nox Arcana, na LastFM zdobywa takie tagi jak "lovecraft influenced, neoclassical darkwave, radio arkham, atmospheric", zaś sam zespół został określony jako "gothic horror".

Nie trzeba być znawcą literatury amerykańskiej poprzedzającej drugą wojnę światową lub fanem fantastyki grozy, by rozpoznać słowo Necronomicon. Ta fikcyjna księga według utworów H. P. Lovecrafta zawiera dostępne ludzkości tajemnice dotyczące prawdziwej natury wszechświata i Wielkich Przedwiecznych.

Poszczególne tytuły utworów opisywanej płyty nawiązują do prawdopodobnych ustępów księgi, sięgając bez krępacji do twórczości HPL. Stąd znajdziemy kawałki takie jak Lords of darkness, The black throne, The stars align. Istnieje też zbiór kawałków mieszczących się w obrębie jednej minuty, składających się z recytacji na temat pupilów czytelników, jak Cthulhu, Yog-Sothoth czy Dagon. W dłuższych utworach wokal pojawia się rzadko, co zresztą wadą nie jest, gdyż w założeniu miał być mroczniejszy od czarnej dziury, przez co jest całkowicie niewiarygodny i budzi litościwy uśmieszek.

W pierwszej kolejności bowiem Necronomicon jest tandetny, nie zaś klimatyczny. Czysta elektryka, w której nawet chóry zastąpione zostały klawiszami, nie reprezentuje sobą niczego wyróżniającego na tle (dark) ambientowego tłumu. Przez ponad 45 minut muzyki przelatuje się bez choćby cienia refleksji, unikając jakichkolwiek charakterystycznych melodii. Tytuły utworów nie mają de facto znaczenia - nie jest to zresztą wadą, jednak skoro równie dobrze cała płyta składać by się mogła z Track 1, 2..., 10, po co udawać, że w jakiś sposób nawiązują do słynnych opowiadań?

Teoretycznie RPGowiec mógłby wziąć taki kawałek jak Nyarlathotep i wykorzystać go w ramach sceny, w której kultyści wznoszą modły ku mrocznemu bóstwu. Postacie graczy, zbliżając się ku źródłu pieśni, dostrzegają coraz wyraźniejsze zarysy słów. Wreszcie prowadzący podaje stosowne do sytuacji pseudotłumaczenie i przełącza kawałek. Doskonale sprawiłby się tu Ritual of summoning, przykład artykulacji niewymawialnych słów (ph'nglui fhtagn) w wykonaniu Amerykańców.

Trudno pisać mi o albumie tak nieciekawym. Jego monotonia niby miała być mroczna / ponura, złowieszcza i nastrojowa, jednak po prawdzie czytanie przy nim opowiadań samotnika (tudzież rasisty ; )) z Providence czyniło je nudniejszymi i odrywało od świata przedstawionego. Muzyka ta nie posiada jakiegokolwiek umotywowania, bezpośrednio więc przypomina słuchaczowi: "jestem soundtrackiem! I jestem nudny! I kojarzę się z plikami wav używanymi w grach na PC półtorej dekady temu!".

W porównaniu z Necronomiconem broni się nawet utwór reklamujący Arkham Horror na stronie wydawcy. Jeżeli klikniecie ten link, przeniesieni zostaniecie do nieciekawej strony i filmiku. Gdy filmik się zbuforuje, zatrzymajcie go kwadracikiem w prawym dolnym rogu. Pojawi się jakieś 10 sekund melodyjki, która zapętlona trwa bez końca. Dziesięć sekund? Tak, na tych kilku chwilach oparłem swoją lekturę Szepczącego w ciemności. I sprawiły się świetnie, wielokrotnie przebijając wartość omawianego albumu.

Muzyka tła: 1,5/5 – wolę grać bez muzyki. Nuda!;
Muzyka obszaru: 2/5 – lokacje cthulhupodobne; zakazane kulty lub zaginione świątynie. Niestety, utwory brzmią bardzo sztucznie i o ile nie prowadzimy sesji kiczowatych lub pulpowych, raczej ich nie wykorzystamy;
Muzyka przygody: 2,5/5 – recytacje kultystów; sekretne spotkania. Niby mało, ale jeżeli prowadzący nie ma świetnych umiejętności aktorskich, znajdzie tu niezłą pomoc;
Muzyka drużyny: Nie.






Jak się sprawdziło na sesji: Nie próbowałem, choć zapewne wykorzystam kiedyś na sesji motyw recytacji, który opisałem w ramach "recenzji".

Ilustracja pochodzi stąd.

4 sie 2010

Gdy jest już za późno


Sierpień. Fani science-fiction i gier fabularnych mogą rozglądać się za dniem premiery drugiego, polskiego systemu RPG osadzonego w przyszłości. O ile Neuroshima niekoniecznie była utożsamiana z sf (etykieta "postapo" zazwyczaj nie kojarzy nam się z grą w świecie niezwykłych technologii), Robotica umożliwia grę mutantami, klonami czy cyborgami.

Sam nie jestem adresatem tej gry (zwłaszcza ze względu na ogromną ilość zasad - mam zapotrzebowanie na mechaniki banalne), zainteresowałem się informacjami na temat płyty dołączanej do podręcznika. Elementem jej zawartości jest "klimatyczna muzyka" dopasowana do systemu, "18 utworów, 64 minuty audio". Jako, że sam nie wierzę w "klimatyczną muzykę", a przy tym zaintrygował mnie drugi po Crystalicum polski soundtrack do gry fabularnej (stworzonej przez autora gry, Rafała Olszaka, znanego jako ROL), za swój obowiązek uznałem zrecenzowanie tego dzieła. Twórca okazał się być bardzo miły i udostępnił mi zawartość płyty.

ROL opisał swe utwory następująco: "nie jest to stricte muzyka, lecz w większości tło, tekstury, które mają nadać klimat sesji". I dopóki nie obierze się podobnej perspektywy, czyli "to nie muzyka", płyta będzie dla słuchacza trudna do przegryzienia. W utworach nie ma melodii. Nie wiem nawet, czy jest to jeszcze ambient, czy już tylko losowe plamy dźwięku zestawione w ciągu. Co jednak ważne, całość nie nudzi, chociaż zbiory użytych dźwięków są do siebie bardzo podobne.

Chociaż długość kawałków jest różna (od minuty do dziesięciu), w praktyce nawet w obrębie jednego utworu da się wyodrębnie właściwie niezwiązane ze sobą fragmenty. Fragment A, później wariacja na jej temat, nagle pojawia się zajawka fragmentu B, a po chwili B całkowicie wypiera A. I tak przez 64 minuty. Zdarzają się nagrania nudniejsze, jednak wywalając je otrzymujemy jeszcze przynajmniej pół godziny muzyki dobrze dopasowanej do estetyki systemu.

Jaka to estetyka? Dobrane dźwięki bardzo wyraźnie nawiązują do tego, czym w filmach sf stara się podkreślić że "ten wielki komputer / android właśnie teraz pracuje, o słyszysz te zwarcia i wręcz namacalne brzmienie wentylacji?". W praktyce nikt raczej nie spotyka się na co dzień z maszynami wspierającymi to wyobrażenie, jednak nie są to wizje bezpodstawne. Nagrania rejestrujące pracę Wielkiego Zderzacza Hadronów różnią się od ścieżki dźwiękowej do Robotici właściwie tylko większą dozą monotonii. Iluzoryczne prace wielkich fabryk, rzadkie dodatki w rodzaju instrumentów perkusyjnych (Parapsychosis) czy odległych okrzyków ludzkich (Red Zone - szkoda, że taki utwór jest tylko jeden) dodają przy tym elementu grozy czy napięcia.

Największą wadą nagrań jest zbyt rzadkie zbliżanie się do melodii. Gdyby twórca nie ograniczył się do iluzji i dźwięków, a odważniej sięgał po muzykę, całość byłaby o wiele bardziej uniwersalna (wystarczy chociaż porównanie z genialnymi, darmowymi nagraniami Technology of Silence), obecnie zaś o wiele lepiej sprawdzać się będzie jako rekwizyt, niż "klimatyczne" tło.

Dodatkowym, marginalnym problemem, nie wpływającym na odbiór, jest forma płyty, obejmująca nazwy plików i katalogów, które są zapisane WIELKIMI LITERAMI. Wydaje mi się, że LONG_OIL_DRINK wygląda dosyć zabawnie (zapewne ma to być konsekwentne względem formy zapisu nazwy systemu przez autora). Dopatrzyłem się też jednej literówki w tytule (Biologica Experiment -> Biological). Zresztą o ile same tytuły niewiele wnoszą do utworów, to trzeba przyznać, że potrafiłyby mnie zainspirować do wprowadzenia konkretnych lokacji lub wydarzeń na sesji - przynajmniej niektóre. Tym bardziej szkoda, że sam "album" nie otrzymał jakiegoś zbiorczego tytułu - skazany został na miano "soundtracku do Robotici".

Ocena
Muzyka tła: 2/5 – utwory nie są zbyt nudne, jednak jednoznacznie kojarzą się z niepokojem, lękiem i futuryzmem, stąd ich zastosowanie jako tła jest bardzo ograniczone;
Muzyka obszaru: 4/5 – płyta bardzo dobrze się wpasowuje w atmosferę postapokalipsy i science fiction. Nowoczesne technologie, zrujnowane fabryki, składowiska robotów, a także echa statków kosmicznych - o ile nie wychodzi się poza naturalną tematykę utworów, można je z sukcesem wykorzystać;
Muzyka przygody: 3,5/5 – jest możliwość dostosowania konkretnych utworów do miejscowości, istot czy wydarzeń, jednak brakuje muzyki dynamicznej (jeden utwór - nie wystarcza na sceny walk czy nagłych zagrożeń) czy wpasowującej się w nastrój zwycięstwa / odpoczynku. Ze względu na depresyjny charakter płyty prowadzący nie poradzi sobie z muzycznym aspektem sesji tylko z użyciem tego albumu;
Muzyka drużyny: Nie.




Podziękowania dla autorów gry Robotica za udostępnienie zawartości płyty i prawo do ukazania dwóch utworów muzycznych w sieci.

21 lip 2010

Pod skwierczącym piaskiem


Poszukiwanie muzyki związanej z pustynią? Absurd. Pustynia to piasek, może trochę trawy i sporo głazów. Jej zakres dźwięków ogranicza się do nielicznych zwierząt, wędrowców, głównie jednak do jęków istot padających pod wpływem przygniatającego słońca. No i wiatru.

Jednak „Le Serpent Rouge” wydany w 2005 przez szwedzką grupę Arcana ukazał mi pełnię mej pomyłki. O ile pierwszy utwór (In search of the divine) składa się jedynie z całkiem nudnego echa i szumów, to reszta albumu uniknęła słabszych momentów. Dark ambient połączony z world music inspirowanym Afryką dały efekt wybitny.

Przede wszystkim rytm. Dominującą rolę pełnią instrumenty perkusyjne, zarówno djemby i dunduny, jak i dzwonki czy grzechotki. Nawet, jeżeli utwór można określić dynamicznym (Under the sun), nie wybija się z ogólnego wrażenia ospałego, nużącego bujania się po pustynnych wydmach. Bardzo łatwo jest wyobrazić sobie podróż na grzbiecie wielbłąda i jego usypiający marsz.

Innymi źródłami dźwięków są cymbały (pojawiają się rzadko, od razu jednak wybijając się na pierwszy plan), nieliczne wokale wykrzykujące w oddali glosolalie (co jedynie pogłębia poczucie bezkresności) i – standardowo dla gatunku – liczne elementy elektryki.

Nie mogę powiedzieć, żebym był wielbicielem różnorodnych nurtów afrykańskiego folku czy znawcą muzyki towarzyszącej podróżnikom i pustynnym pielgrzymom. Mam jednak wrażenie, że albumu równie tajemniczego, niepokojącego, przytłaczającego majestatem morza piasków i przy tym naprawdę mistrzowsko tworzącego nastrój nie uświadczycie.

Ocena:
Muzyka tła: 3/5 – monotonne, ospałe, ale nie nużące dźwięki ubarwiają sesję nie skupiając na sobie zbyt wiele uwagi;
Muzyka obszaru: 5/5 – doskonały album na sesje związane z atmosferą pustyni – wzbogacony innym wykonawcą jest w stanie pobrzmiewać przez całe spotkanie;
Muzyka przygody: 3/5 – pozostawia możliwość manipulowania dynamiką utworów, pozwalając na dostosowanie tempa opisu do potrzeb sceny. Niestety, brakuje utworów mogących wpasować się do scen związanych z walką;
Muzyka drużyny: Nie.

Jak się sprawdziło na sesji: bardzo dobrze.