Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groteska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą groteska. Pokaż wszystkie posty

21 sty 2011

I want you so bad...


Dziś jeden prosty utworek, ale kiedy wpadłem na jego zastosowanie, sprawił mi wiele frajdy. Wycelowany jest w sesję z zombiakami, ale pod mózgożernych można wstawić jakieś inne powolne i bezmyślnie łażące za graczami stworzenia.


Joe Anderson – I Want You / Clint Mansell - Doom


Mijasz krawędź budynku i wchodzisz do ciasnego zaułka. Jest tu jeden z tych wielkich zbiorników na śmieci, z kanalizacji wydobywa się para. Twoją uwagę zwraca jednak ruch w głębi uliczki (0:13). Szary, gnijący już miejscami człowiek zaczyna powoli człapać w twoim kierunku. Jęczy i wystawia przed siebie ręce. Widzisz krew ściekającą z jego ust. Odruchowo zaczynasz się wycofywać do znanej ci ulicy wpatrzony w ten horror. (0:36)

Twoich uszu dobiegają nieludzkie odgłosy z tyłu. Odwracasz się i widzisz, że z drugiego zaułka powoli wyłania się cała masa maszerujących zgniłych trupów. Białe gałki oczne, sino-zielone twarze, gdzieniegdzie wystające kości. Wszyscy poruszają się tym nieubłaganym, potwornie konsekwentnym marszem... (1:06)

[Czas na ucieczkę]


"Doom" na końcu, domontowany całkowicie naprędce. Pewnie milion rzeczy pasowałby lepiej, ale you get the idea. To wstęp do walki lub ucieczki, więc trzeba czegoś z wykopem, a zapewniam Was, że dalszy ciąg "I want you" (która to wersja nota bene pochodzi z musicalu Across the Universe – dzięki Tarkis) nijak tu nie pasował. Zanim powiem gdzie możecie pocałować misia, mogę powiedzieć jeszcze, że nie lubię Beatelsów. Elvis FTW!



PS. Obrazek do notki łatwo było znaleźć, trudniej było wybrać...

9 sty 2011

Polecanka #18; Podsumowanie grudnia; Podsumowanie roku

Polecanka #18

Dzisiaj będzie dużo o niczym. Jest to świetna okazja, by wrzucić naprawdę straszny utwór.

Utwór faktycznie przerażający.

Mówię serio.

Sesja, podczas której się pojawi, nie będzie już taka sama.

Jesteście gotowi?



Mocne, nie?




A teraz na poważnie.

W ramach soundtracku do gry Two Worlds II można znaleźć dwa utwory, które świetnie uzupełnią już znany Wam album Jade Empire. Dwa dobre motywy tła, świetne do opisu, delikatne, ale nienudne, faktycznie wypełniające pewną lukę w już i tak bardzo przydatnym zbiorze. Przyznam, że nie są to utwory wybitne, ale jako japońskie (a raczej chińskie) pitolenie nada się w sam raz
.




Jeszcze przed przejściem do podsumowań, pozwolę sobie podsunąć link do bloga Venticco, który rozpoczął nowy cykl zajmujący się mniej więcej tym, co robi Craven - podrzuca fajne kawałki, gdyż, jak sam mówi, "chciałbym się skupić na (...) odnalezieniu muzyki do rozgrywki w sposób, który pozwoli Mistrzowi jeszcze lepiej i dosadniej budować nastrój na sesji". Powodzenia i obyśmy mogli jak najwięcej takich projektów zobaczyć w najbliższym roku.

Podsumowanie grudnia

Miesiąc o tyle dla mnie tragiczny, że utraciłem sporo muzycznych plików i katalogów w ramach spalonego dysku głównego. Spowodowało to zresztą opóźnienia w publikacjach.

Niezbyt radosny dla mnie jest też fakt, że nowy autor bloga od kilku tygodni nie publikuje obiecanych notek poniedziałkowych, nie uprzedził mnie jednak i nie poinformował, czym to jest spowodowane. Nie pojawia się zresztą też w innych miejscach w sieci, choć przez pewien czas był bardzo aktywny. Może stracił dostęp do sieci? Kto wie, może jeszcze do nas powróci.

Notki grudniowe:

Recenzje:
A Quick Fix of Melancholy http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/12/garsc-melancholii.html
Amelia Soundtrack http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/12/radosc-pacz-i-francja-czyli-soundtrack.html
Neverhood Soundtrack http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/12/neverhood-soundtrack-zyczenia.html
The Old Boy Soundtrack: http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/12/ost-z-amelii-mrok-ost-z-oldboya.html

Polecanki:
http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/12/niedzielna-polecanka-17-podsumowanie.html
http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/12/niedzielna-polecanka-17.html
http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/12/niedzielna-polecanka-18.html
http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/12/niedzielna-polecanka-19.html

Zarys twórczości:
Loreena McKennitt http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/12/loreena-mckennitt.html

Cravena:
http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/12/mrok-i-pesymizm.html
http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/12/swiatecznie-i-okazjonalnie.html
http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/12/bring-sally-up.html

Abbadona:
http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/12/veni-vidi-vici.html

Podsumowanie Graj Muzyką 2010

Graj Muzyką ma za sobą ponad pół roku. Podsumowania są nudne, stąd postaram się pisać treściwie.

Start nastąpił 4 VII 2010 r., notkę wrzucam 9 I 2011 r. W tym czasie na blogu zostało zarejestrowanych 1409 indywidualnych wejść, w tym przypuszczam, że przynajmniej 1/10 to wejścia autorów piszących notki, odpowiadających na komentarze i tak dalej. Nie chcę zgadywać, ile z wejść to boty i osoby, niemniej załóżmy, że strona została otwarta koło 1000 razy. Z tego tysiąca zapewne spora część weszła całkowicie przez przypadek. Jeżeli chodzi o wejścia "nieidywidualne", to w samej Polsce jest tego 4400 i jeszcze z 200 by się zebrało (w tym 2 z Iranu, cholera wie czemu).

W jaki sposób? Przede wszystkim przez linki z serwisu BlogiRPG, sporo poprzez moje i Cravena linki z Poltergeist, dużo przez blog Maestra, świetnego prowadzącego i bardzo przyjaznego w obyczu gracza, którego Khaki określił, niebezpodstawnie, "mistrzem dark fantasy", a także Gry Fabularne.

Najwięcej wejść z przeglądarki przyszło z haseł "graj muzyką craven" (i co? Niezłego partnera sobie wybrałem, nie?), później kolejno: loreena mckennitt, neverhood, graj muzyką, graj muzyka. Szczególnie dziwne zapytania?
blues jest malencholijna sztuka uzalania sie nad soba
ciężkim wojskowym buciorem
roken drol na gitarę po polsku
przykładu rasizmu w filmie the great debators
zagraj w pańta

"Roken drol". Bardzo ładnie.

Dużo wejść dały nam notki na temat bluesa i folku irlandzkiego. Google są dla tych haseł bardzo łaskawe.

Ilość notek przekroczyła 60, z czego koło czterech zostało wrzuconych z opóźnieniem lub pominiętych. Prawdopodobnie po wyrzuceniu linków do Wrzuty i YouTube'a, pozostało by koło 120 stron tekstu spisanych przez Cravena, Abbadona, Czarnego (jeden artykuł, ale i tak jestem wdzięczny) oraz mnie. Wychodzi z tego już wcale sensownych rozmiarów powieść.

Pisanie bloga to ogromna męczarnia, ale też wielkie ćwiczenie charakteru. Przynajmniej dla mnie. Mam nadzieję, że nie dla Was. Myślę, że na prowadzenie bloga poświęcam od 3 do 5 godzin tygodniowo. Co wynika z faktu, że przestałem redagować własne teksty. Inaczej byłoby jeszcze więcej.

Blog pod namową Wiernych Fanów (czyt. Wekta) zmienił nieco wygląd. Starałem się dostosować rodzaj tekstów do woli czytelników, sugerując się ankietami, w których brali udział. Listopad był miesiącem poświęconym folkowi; grudzień – grotesce, styczeń zaś poświęcam japońskiemu pitoleniu.

Dotychczas tylko dwie osoby zgłosiły się do mnie bezpośrednio w sprawie prośby o pomoc muzyczną. Mam nadzieję, że Cravenowi poszło lepiej. ; ) Jakby na to nie spojrzeć, jesteśmy tu dla Was, my z tego nie mamy ani kasy, ani fejmu. Zresztą ja, jako osoba o tragicznym PR, nawet o niego się nie staram, a Craven nie musi, bo już ma. ; )

Ale serio. Dzięki, że czytacie, dzięki, że się udzielacie. Pamiętajcie – przyjmę prawie wszystkie teksty gościnne, chętnie przywitam też nowych autorów bloga. Kto wie – może wyjdzie nam z tego największy gadżeciarski blog RPG w polskiej sieci.

W planach – Khaki ma zajebisty projekt muzyczny na oku. Mam nadzieję, że już niedługo podzielę się z Wami jego szczegółami (jak sam wezmę tyłek do roboty).

Jeżeli macie jakieś pytania – chętnie odpowiem. Od siebie więcej napiszę, jak już się wypalę z pomysłów – lub, kto wiem, może za rok.

29 gru 2010

OST z Amelii + mrok = OST z Oldboya


Oldboy to jeden z najciekawszych filmów, jakie obejrzałem w tym roku. Nie nazbyt przewidywalny, wiele wartych zapamiętania scen, bardzo ciekawe wątki połączone z intrygującą choreografią. No i muzyka – doskonale dopasowana do scen, podkreślająca wiszącą w powietrzu tajemnicę, doskonale wpasowująca się w często groteskowy nastrój obrazu.

Ostatnio sporo razy użyłem słowa „groteska”, także tag o tym znaczeniu znacznie wzrósł w liczbie użyć. Warto wreszcie skonkretyzować, jak to pojęcie rozumiem – groteska jest dla mnie przede wszystkim zestawieniem elementów do siebie niedopasowanych, nawet sprzecznych w taki sposób, by wytwarzać nietypowe skojarzenia i bawić się utartymi konwencjami. To bardzo uproszczone myślenie, bez takich pojęć jak „kategoria estetyczna”, nieco zbyt mocno naznaczone myśleniem praktycznym. Jednak na potrzebę krótkiej pogawędki o muzyce wystarczy.

Bardzo lubię dostrzegać, poznawać i rozumieć schematy, lubię też, kiedy ktoś je celowo wykorzystuje w grotesce. Problem w tym, że groteska nie zawsze musi być – i bardzo często nie jest – udana. Jeżeli podczas sesji drużyna samurajów rozmawia z cesarzem przy muzyce typu Prodigy, groteska wystąpi, ale raczej wywoła niesmak. Nie ma zasad doboru groteski – tak samo, jak nie ma zasad tworzenia sztuki (czymkolwiek by nie była).

W Oldboyu groteska została osiągnięta przez połączenie prawdziwego okrucieństwa (takiej sieczki w umyśle protagonisty, w tym przypadku antybohatera, nie widziałem w udanym filmie od dawna) i brutalności z utworami wykonanymi na smyczki, klawisze (głównie w brzmieniu fortepianowym) i instrumentami dętymi. Elektronika bardzo okazjonalna, głównie w formie podkreślenia rytmu, chociaż słaby kawałek „Jailhouse Rock” to już czysta elektronika.

Kawałki są raczej melancholijne, osobiście stawiam je gdzieś między pojęciem „dynamiczny” a „stateczny” - przemiany w obrębie utworu zachodzą często i wiele z nich da się dostosować do scen akcji („The Old Boy”, „In a Lonely Place”), jednak raczej w naturalny sposób zachęcają do napiętego wyciszenia się. Jeden tytuł zawierać może zarówno partie spokojne, patetyczne, dynamiczne i, w moim odbiorze, niemal stresujące („Cries And Whispers”).

Nie zmienia to faktu, że po groteskę wcale w tym wypadku sięgać nie trzeba – wiele pomysłów broni się nawet w „klasycznym” postrzeganiu. Ulokowanie w albumie utworu Vivaldiego czy fenomenalny „The Last Waltz” (mój absolutny faworyt, który na głowę bije wiele kawałków Tiersena, zarazem mocno się z nimi kojarząc) mogą zostać wykorzystane w swych naturalnych kontekstach – czyli eleganckim przyjęciu, tańcu, balu. Warto przesłuchać i wybrać perełki choćby na potrzeby Wolsunga.

Sporym mankamentem (ładne słowo, nie?) są wymagające wycięcia, na szczęście nieliczne, fragmenty obejmujące wypowiedzi bohaterów filmu i inne dźwięki (jak wystrzał pistoletu). Audacity na szczęście poradzi tu sobie dobrze. Same kawałki bywają dosyć krótkie (średnio nieznacznie wykraczają ponad dwie minuty), a po zostawieniu perełek pozostaje przynajmniej pół godziny bardzo dobrej, charakterystycznej muzyki o szerokim zakresie użycia.

W moich obecnych kampaniach raczej nie mam okazji użycia tego typu metody, ale jestem ciekaw, jak gracze odbiorą scenę walki, gdy umieszczę w niej spokojne flety.

Muzyka tła: 3/5 – po wycięciu nowoczesnych kawałków, można łatwo puścić jako tło w steampunku czy victorianie;
Muzyka obszaru: 3/5 – bale, bankiety, melancholia – o ile nie chcemy wchodzić w groteskę, raczej bez ekstrawagancji;
Muzyka przygody: 4/5 – obejrzycie film, zrozumiecie. Poszczególnymi kawałkami da się fantastycznie bawić;
Muzyka drużyny: Tak.



23 gru 2010

Neverhood soundtrack + życzenia


Mam ochotę, dla odmiany, napisać o czymś wesołym. Okres przedświąteczny jest dla mnie zawsze przygnębiający, nawał obowiązków, braki w ilościach dostępnych sztuk złota, zmęczenie. Stąd dzisiaj coś lekkiego, radosnego, a przez to nietypowego jak na ten blog.

Jeżeli istnieje coś, co sprawia mi nieposkromioną radochę i wręcz nasyca pozytywnymi emocjami, to jest to Neverhood.



Muzyka była niezwykle ważnym elementem tytułu – nieustannie wybijała się na pierwszy plan, często doprowadzała do gorączki swą, z braku lepszego słowa, „eksperymentalnością”. Jest to chyba jazz, ale poszczególne kawałki wyraźnie nawiązują do innych nurtów, jak r'n'roll, blues czy dziecięce wyliczanki.

Problemem albumu jest, że wielu utworów nie da się na dłuższą (na krótszą zresztą też – jak „Gargling Drummer”) miarę słuchać. Potrafią być męczące, niemelodyjne, wokal często posługuje się bełkotem. Do instrumentów zaliczyć należy przede wszystkim gitary, saksofony, elektronikę (ta, wiem, ładny instrument, wybaczcie mi ten skrót myślowy).

Stąd można wyodrębnić dwa rodzaje utworów z Neverhood – bardzo mocno dostosowane do konkretnych scen („Klaymen takes the 'A' Train” - w zasadzie bezużyteczne dla nas, o ile nie planujemy ulokować w sesji pociągu) i trochę przekraczające standardowe rozumowanie, czym jest muzyka („Thumb Nail Sketch”).

Druga grupa to utwory niewiele mniej dziwne lub zgoła typowe, za to w zdecydowanej większości ciekawe i charakterystyczne, raczej radosne, nawet zabawne. Niewiele z nich broni się jako muzyka całkowicie oderwana od kontekstu gry (tu rewelacyjny „Klaymen's Theme”, czyste mistrzostwo, kopalnia pozytywnych emocji), większość jest bardzo krótka (około półtorej minuty) i raczej do zastosowania na krótko.

Soundtracku tego nie używałem już bardzo długo, gdyż zdecydowana większość znajomych (ja zresztą też) ma go już po dziurki w nosie (dziesiątki odsłuchań robią swoje). Wykorzystywaliśmy go jednak przede wszystkim w momentach, gdy chcieliśmy zaznaczyć, że prowadzimy sesję humorystyczną, bardzo zdystansowaną i swobodnie prowadzoną.

Nie znaczy to jednak, że nie da się go wykorzystać w inny sposób. W gruncie rzeczy jest to doskonała muzyka przygody do sesji z przymrużeniem oka. Różne utwory bardzo łatwo powiązać z konkretnymi lokacjami, postaciami, wydarzeniami. Ociekają wręcz groteską, nie powinno nas dziwić, że nagle z głośników ktoś zaczyna obłąkańczo się zaśmiewać czy melancholijnie zaśpiewuje „Dum da dum doi doi doi”. Ta muzyka z zasady nie musi mieć sensu i w obranej konwencji broni się bardzo dobrze.

Nawet kawałki pozornie bezużyteczne mają potencjał. „Chiming in” od razu daje mi pomysł na starą pozytywkę, zepsutą radiolę, groteskowo dodaną do Maszyny Zagłady, złowróżebną melodyjkę. Dobry prowadzący (ok, ja na przykład nie) potrafiłby to genialnie wpleść do sesji grozy.

Muzyka tła: 1/5 – to się nigdy nie uda;
Muzyka obszaru: 1,5/5 – to się nigdy nie uda, ale możemy wybrać kilka kawałków i wrzucić je na składankę „humor” (o ile ktoś takiej składanki potrzebuje) lub „WTH”;
Muzyka przygody: 4/5 – tak, dla tej muzyki naprawdę da się zrobić specjalną sesję. Warto trzymać w pamięci, może kiedyś będzie okazja spróbować czegoś nietypowego;
Muzyka drużyny: Chciałbym zobaczyć taką drużynę.









Tak poza tym życzę Wam, byście mieli tyle pieniędzy, by stać Was było na zakup żyrafy oraz byście w tym roku nauczyli się jakiegoś nowego języka - a najlepiej jakiegoś idiolektu, tak w pełni. I byście poznali przynajmniej jeden utwór który zapamiętacie na długo tylko tego dla, że w jego towarzystwie wydarzy się coś wspaniałego.

I grajmy jak najprzyjemniej.

16 gru 2010

Radość, płacz i Francja, czyli soundtrack z Amelii


Na ostatniej sesji Wolsunga (oczywiście na mechanice Savage Worlds) prowadzący posłał młodego, ambitnego gnoma oraz alfhejmską agentkę specjalną do Aquitanii, odpowiednika Francji. Do miejsce, które opisał jako „miasto artystów i sztuki”. Zakłócił jednak najważniejszą umowę dotyczącą muzyki na sesji i zamiast włączyć „muzykę, która odpowiada wszystkim uczestnikom sesji” włączył „soundtrack z animca, który ostatni mi się podobał”.

Nie mówię, że nie jest możliwe stworzenie klimatu steampunkowego Paryża przy pomocy losowych piosenkarek z Japonii. Po prostu nie potrafię sobie tego wyobrazić.

Stąd przyszło mi na myśl, że jeżeli wyślę kiedyś graczy do Francji, to o ile nie będę prowadził sesji wojennej czy Cthulhu, na pewno użyję soundtracku z Amelii.

Yann Tiersen jest twórcą znanym, Amelię widział niemal każdy – w tym między innymi tkwi siła niemal godzinnej ścieżki dźwiękowej. Powiem szczerze, że nie wiem, czy harmoszki i cymbałki (?) są w jakikolwiek sposób powiązane z tradycyjną muzyką francuską. Właściwie o muzyce francuskiej nie wiem nic, jedynie tyle, że nie lubię francuskiego śpiewu. Jako jednak, że Amelia z Paryżem kojarzy się nierozerwalnie, za każdym razem, gdy słucham nielicznych utworów, które w tym filmie mi się podobały, myślami krążę po słonecznych, zadbanych ulicach wielkiego miasta, z rowerzystami i kształtnymi niczym plastikowy odlew drzewami.

W skład soundtracku wchodzi w gruncie rzeczy kilka podgrup:
- posiadające przodujący akordeon utwory, mocno kojarzące się ze słynnym „La Valse D'Amelie”. Prawie dwadzieścia pięć minut bardzo spójnej ścieżki w sam raz na tło restauracji, kawiarni, romansów, jednocześnie dynamiczne i radosne, charakterystyczne i uspokajające. Mocno sielankowy klimat;
- utwory, w których dominującą rolę pełnią pianino, skrzypce lub (w jednym przypadku) orkiestra. Wliczyć tu można arcysłynny i piękny „Comtine D'un Autre Ete L'apres Midi”, którego dziesiątki coverów znaleźć można na YT czy naprawdę dramatyczne „Sur le fil”. Muzyka melancholijna, spokojna, moim zdaniem najbardziej udana ze zbioru. Niespełna dwadzieścia minut idealnych do scen krążących wokół emocji przygnębiających, a nie dążących do gwałtownego przejścia w stronę Akcji;
- przyprawiające o ból zębów kawałki, których nie da się słuchać na poważnie, jednak jako muzyka przygody mogą mieć dobre zastosowanie. Dziecko grające „La Valse Des Monstres” czy „ La Redecouverte”, leniwie wyciekające z radia „Si Tu N'Etais Pas La” czy „Guilty”, wreszcie wprawiające w niesmak „La Dispute” wprowadzone na estetyce groteski jako tło do potyczki nieopodal ulicznych muzyków. Niemal kwadrans dziwacznych utworów, których bardzo nie lubię, ale nie sposób nie zauważyć ich potencjału.

Soundtrack na tyle charakterystyczny, że wręcz narzucający wizję przestrzeni i klimat. Spójny, łatwy do pogrupowania, napełniający pomysłami, obfitujący w filmowe skojarzenia. No i w końcu – po prostu przyjemna muzyka, wzbudzająca we mnie i w mych drżących od zimna dłoniach tęsknotę za wiosną.

Muzyka tła: 2/5 – o ile wyodrębnimy zawczasu główne kategorie, możemy pierwszą z nich puścić jako urozmaicenie sesji radosnych, lekkich, drugą – jako dopełnienie muzyki melancholijnej. Nie jest to najlepszy wybór, nie starcza też na długo, niemniej jest to nie najgorszy przerywnik;
Muzyka obszaru: 4/5 – uzupełniamy w idealny sposób składanki „kawiarnia, restauracja, artysta, radość, Francja, miasto, wiosna”, ale też „melancholia, przygnębienie, napięcie, koncert pianisty”. Świetny materiał do dołączenia do już istniejących składanek, chociaż raczej kiepski fundament, punkt wyjścia ;
Muzyka przygody: 4/5 – muzyka, która sama daje pomysły na sceny. „Sur le fil” jako tło do tragedii rozgrywającej się na francuskiej scenie? Grajkowie spotkani na nowoczesnym jarmarku? Tło do NPCów? Znajdziemy tu wiele inspiracji;
Muzyka drużyny: Tak.








12 gru 2010

Niedzielna polecanka #18

Zespół, który szczególnie chciałbym poznać, lecz ostatnio brakuje mi na to czasu, jest raczej rzadko odsłuchiwany. Jak podaje LastFM, Skalpel bardziej popularny był za granicą, niż w Polsce, co przy fakcie, że nad Wisłą jazz nie cieszy się popularnością (sam go nie rozumiem) nie zaskakuje.

Sam sobie wyznaczam zadanie – zapoznać się z większą ilością twórczości wrocławskich muzyków i przeprowadzić z jej pomocą sesję. Powód: tego typu muzyka posiada ogromny potencjał jako muzyka przygody, także jako groteskowe tło. Na dwóch poniższych kawałkach spędziłem kilka godzin przy Diablo 1 (wiem, wiem, to nie cRPG) i zaowocowało to ogromną zmianą nastroju – może nie na lepsze, lecz na pewno na coś nowego, odświeżającego.

Jak myślicie – bylibyście w stanie poprowadzić przy czymś takim Wolsunga albo dungeon crawling?


/

Ja spróbuję.

8 gru 2010

Garść melancholii


Po raz kolejny (i zapewne ostatni) piszę o zespole Ulver, stąd nie muszę zarysowywać historii zespołu. Warto jednak przypomnieć, że grupa słynie z niemożności wybrania głównego nurtu, przeskakując od niesmacznego black metalu, przez spokojne dialogi gitar akustycznych po zgoła nudną elektronikę.

Album dzisiejszy, „A Quick Fix of Melancholy”, jest szczególnie udany, a przy tym jednym z mniej głośnych efektów ich eksperymentów, tym bardziej wartym krótkiej notki i reklamy. Składa się zresztą jedynie z czterech utworów, ma niespełna dwadzieścia trzy minuty, są też na tyle charakterystyczne, że wystarczy jedno odsłuchanie, by móc zaszufladkować je do „przydatne / nieprzydatne”.

Do czynienia mamy z ambientem bazującym na elektronice. Pierwszy i trzeci utwory posiadają wyraźny, męski wokal i, z tego co wiem, tekst, który jednak – zgnieciony niskimi tonami swego naczynia – nie zwraca na siebie uwagi. Pierwsza trójka utworów, chociaż nieco leniwych, jest wypełnionych rozmaitymi dźwiękami, pełniącymi funkcje „przeszkadzajek” - każdy z nich sam w sobie nie robi wrażenia, jednak zmieszane i wpisane w kontekst wywołują może nie ciarki, ile,

no właśnie, z tym mam problem. Nie jestem pewny, jaką atmosferę te utwory mogą nieść. Zazwyczaj puszczałem je jako tło, gdy nie miałem pod ręką czegoś bardziej stosownego, mam jednak wrażenie, że są w stanie podkreślić różne konwencje, o ile prowadzący nie tylko się stara, ale też posiada umiejętności ciekawego opisywania przestrzeni (ja na przykład zawodzę w tej sferze na całej linii). Nie wiem, czy podołałyby przy klimacie grozy (raczej bym się nie spodziewał), jednak w trakcie sesji z elementami groteski, psychozy, niestabilnego otoczenia można się wcale nieźle pobawić.

Najlepszy utwór jednak mieści się na miejscu czwartym, nie przez przypadek – niezbyt dobrze wpasował się w konwencję albumu, a jak dobrze rozumiem, został tu umiejscowiony właściwie przez przypadek. Świetny kawałek na konkretną scenę – rozpoczyna się od charakterystycznej, delikatnej perkusji, stopniowo otaczaną coraz to innymi dźwiękami i melodiami, także chórem i gitarą elektryczną. Dopiero jednak nieco po trzeciej minucie (powiedzmy – 3:20) wszystkie te składniki zostają wymieszane i, mówiąc krótko, dają mistrzostwo.

Czy potrafimy go mistrzowsko wykorzystać, to inna sprawa.

Muzyka tworzona właściwie metodą kolażu, a przy tym przemyślana i pozbawiona przypadku. Połączenie chaosu i ładu, spontaniczności i egzekwowania dopracowanego planu.

Muzyka tła: 2/5 – właściwie album odczuwam jako położony ponad konwencjami (muzyka przeciwko gatunkizmowi?), jestem w stanie go umiejscowić zarówno w SF, jak i fantasy czy horrorze. Jednak nietrudno znaleźć coś znacznie mniej rzucającego się w uszy, a niestety po dwudziestu dwóch minutach nie sądzę, by gracze mieli ochotę na powtórkę podczas tej samej sesji;
Muzyka obszaru: 1/5 – nie umiem sobie wyobrazić składanki, która uniwersalnie mogłaby korzystać z albumu. Ewentualnie enigmatyczny album „groteska” byłby uzasadniony, sam jednak bym nie próbował;
Muzyka przygody: 4,5/5 – moim zdaniem w albumie tym tkwi doskonałe narzędzie dla prowadzących, umiejących dostosować potrzeby sesji do wcześniej przemyślanej ścieżki dźwiękowej. Przed oczyma (dupy swojej, tak to szło?) mam wiele scen, od zgoła zwyczajnych, jak spotkanie zdziwaciałych artystów w kawiarni (tak, dal mnie to normalna scena), po totalne odjazdy pokroju „koncert githzerai w Przybytku Doznań we współpracy ze zbuntowanymi modronami I Inni”;
Muzyka drużyny: Nie.




5 gru 2010

Niedzielna polecanka #17; Podsumowanie listopada


Borejko poinformował na Bagnie, że Zbigniew Szatkowski nagrał płytę – do pobrania za darmo! – mającą podkreślać nastrój zawarty w cyklu „Gamedec” Marcina Przybyłka. Ani cykl, ani nazwiska nic mi nie mówią, stąd na temat adekwatności efektów tej próby do założeń nie jestem w stanie skomentować.

Album ściągnąłem, odsłuchałem z dwa razy i stwierdziłem, że jest to nudne i niewarte uwagi.

Przypadkiem jednak włączyłem ten sam album wczoraj po zmierzchu (nie, nie po Zmierzchu) i uświadomiłem sobie, że jest to nie tylko dobry, dopracowany i spójny zbiór (niespełna półgodzinny), ale też ma potencjał na doskonały dodatek do sesji toczących się w świecie grozy lub klimatach postapo. Jak dla mnie – pod względem jakości stoi pomiędzy soundtrackiem do Robotici i Technology of Silence. Zarówno niezła muzyka, jak i dobry rekwizyt.

Wreszcie można wymienić OST z Falloutów na coś innego, a nawet lepszego. : )

Linków do Wrzuty nie będzie, gdyż notkę przygotowuję na komputerze, na którym nawet zebranie linków do „podsumowania” zajęło mi pół godziny.

Odnośnie podsumowania:
Dziękuję Cravenowi za wrzucenie notki wypełniającej niedzielną lukę, którą pozostawiłem;
jednocześnie mu gratuluję, gdyż, jak się okazuje, w najnowszym zbiorze felietonów RPGowych wydawanych przez Portal, „Graj Trikiem”, tyczący się, a jakże, muzyki na sesji;
zaś powodzenia życzę Abbadonowi, który zgodził się dołączyć do grona szaleńców wrzucających do sieci polecanki muzyczne do zastosowania podczas sesji. Dzięki!

Niech będzie Wiadome, że rozpoczęliśmy tzw. Koncert Życzeń – mogliście już zorientować się, że czekamy na wasze prośby i propozycje odnośnie tematów/albumów, o których chcielibyście poczytać. Czekamy!

Jeżeli zaś chcielibyście podesłać jakiś tekst gościnnie lub jeszcze dołączyć do grona autorów (mamy wolne wtorki, czwartki, soboty i co drugi piątek ; )), serdecznie zapraszam.

W minionym miesiącu, z mojej strony wyraźnie skupionym na folku, ukazały się:

Zarysy twórczości:
Tenhi: http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/11/ludowo-ale-nie-ludycznie.html
Garmarna: http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/11/minizarys-garmarna.html
Clannad: http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/11/panta-rhei-czyli-clannad.html

Teoria:
O folku ogólnie: http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/11/folk.html
O irlandzkim, stereotypowym folku: http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/11/irlandzki-folk-czyli-najpopularniejszy.html

Recenzje:
Akira soundtrack: http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/11/tetsuoooooo-kanedaaaaaa-czyli-wiatr-nad.html

Polecanki:
Cravena:
http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/11/gospelowa-klamra.html
http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/11/porabana-neuroshima.html
Abbadona:
http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/11/quo-vadis-fantasto.html
Moje:
http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/11/niedzielna-polecanka-15.html
http://rpgmuzyka.blogspot.com/2010/11/niedzielna-polecanka-16.html

24 paź 2010

Niedzielne polecanki #12, #13

#12

Przez przypadek natknąłem się na bardzo ciekawą (to bezpieczne słowo) grupę zespołów (stworzoną przez słuchaczy, nie twórców) na LastFM, zwaną NeoMedieval. Niektóre z tych kapel są powszechnie znane i słusznie popularne, jak Faun czy Arcana, choć obecność tutaj Within Temptation i Dead Can Dance przypomina, co jest esencją darmowych serwisów, w których każdy może mieć swój udział (tak, mam na myśli bzdury).

Przede wszystkim jednak jest tu kilkaset zespołów które ledwie co nagrały album czy dwa w undergroundowych studiach, są praktycznie nieznane a przez to – ciekawe i wyjątkowe, nie narzucające konkretnych skojarzeń z innymi tekstami kultury (jak to często pojawia się przy soundtrackach).

Przykładowe odkrycie:


Tu w wersji z obciętym początkiem i zakończeniem:


Tradycyjna, arabska (bardzo wygodne słowo, gdy właściwie nie wie się, z jakiego ludu wywodzi się dany tekst kultury) pieśń w wykonaniu bretońskiej (chyba) harfiarki. I jest dobrze.

Zachęcam do własnych poszukiwań.

#13

Nowy współautor bloga „Graj Muzyką”, czy też mniej reifikując – po prostu Craven, za dawnych czasów („szczęśliwej, krwawej młodości”) już dawno temu wrzucił do sieci utwór, który potoczył za sobą łańcuszek skojarzeń prowadzących mnie bezpośrednio do dwóch kampanii L5K. Kawałek właściwie komiczny i pozbawiony choćby pozorów sensu, niemniej jego ogromna dynamika i często zmieniająca się, a przy tym wyrazista melodia są wybitne, o ile nie mamy nic przeciwko okołojapońskim nastrojom pulpy (trzymetrowi samurajowie z minigunami! Oczekujemy!).

Wersja ciekawsza, z elementami elektroniki:

Wersja bardziej tradycyjna:


Przykładowe sugestie narracyjne bazujące na anime „Samurai Champloo” (którego nie polecam):


Przykładowe sceny: walka; akcja; heroiczny, pulpowy pojedynek; stylizowana, japońska restauracja, w której kapela wykonuje niespodziewany, groteskowy utwór.

13 paź 2010

Po narodzeniu Pana


Luźna myśl przed treścią recenzji.

Obecnie prawie co dzień można natknąć się na pojęcie „kontrowersyjny”. Wielu artystów (i to znanych, szanowanych i opisywanych z perspektywy znawców sztuki nowoczesnej jako utalentowanych) wręcz dąży do tworzenia kontrowersji – dzieło bez niej uważają albo za puste i klasyczne, albo po prostu za nieopłacalne (szum wpływa na profity, bez profitów trudno stworzyć i spopularyzować cokolwiek, choćby zbiór poezji).

Zastanawiam się jednak, jak do swojej twórczości zasiadali Wojaczek, Witkacy czy Gombrowicz – czy pisząc utwór literacki myśleli „wow! Ten kawałek wzbudzi kontrowersje!”, czy po prostu pisali utwór, który w kontrowersje zaczął obrastać? Jakie wy dzieła wolicie? Stworzone jako kontrowersyjne czy zwykłe akty twórcze, które kontrowersyjne się stały?


W Polsce trudno mówić o filmie „Ostatnie kuszenie Chrystusa”. Nic to, że poprzedzony został krótkim wyjaśnieniem, że film właściwie o Jezusie nie mówi, jednak posługuje się jego historią, by pochylić się nad pytaniami o ludzką naturę i kondycję duchową człowieka. Nieważne, że posiadał identycznie zinterpretowany pierwowzór literacki, a przy tym nawet pozbawiony tych elementów broniłby się jako utwór niezależny od mesjanizmu, co prawda wchodzący w dialog z kulturowymi kliszami, lecz wykorzystując je w sposób twórczy. Film został przez polskich katolików zakazany, nie doczekawszy się premiery. Był, heh, zbyt kontrowersyjny, przez co nie znajdziemy raczej polskich tekstów rozważających słabe (a jest ich sporo) czy genialne (tych jest więcej) sceny.

Jeszcze przed premierą światową filmu na rynku pojawił się album Petera Gabriela z soundtrackiem do filmu, zawierając jednak na okładce pierwotny tytuł dzieła, który zmieniono dopiero niedługo przed premierą. „Passion”.

Z pewnych powodów (shalom, Yerushalayim!) historia proroka z Nazaretu kojarzy mi się z pustyniami, palącym słońcem i bezkresami. Wyraźne, wysuwające się na pierwszy plan instrumenty perkusyjne, zawodzące w dali trąby, ewentualne zawodzenia ludzi – tę garść, której się spodziewałem, faktycznie otrzymałem. Nie zabrakło jednak utworów czerpiących z elektroniki, często sięgających do nienaturalnych, nieprawdopodobnych dźwięków.

Dwadzieścia utworów daje łącznie nieco ponad sześćdziesiąt sześć (tak, wiem) minut muzyki. Niestety, prawie połowa z nich może i miała sens w budowaniu przytłaczającej, charakterystycznej atmosfery filmu, jednak poza ekranem stają się dziwaczne i sztuczne. Trzymająca wysoki poziom połowa godziny zdecydowanie warta jest uwagi.

Utwory są raczej melancholijne, niezbyt dynamiczne, zazwyczaj towarzysząca im melodia nie przyciąga natrętnie uwagi, przez co nieco przerzedzony album może bez trudności wpasować się w tło. A jednak „The Feeling Begins” idealnie wpasowuje się w sceny walk, zwłaszcza, gdy zagrożenie dopiero narasta, by dopiero doprowadzić do konfliktu. „Sandstorm” wręcz zachęca do wprowadzenia sceny snu, kontemplacji, lęku, zaś trudno mi wyobrazić sobie bardziej dostojny, a przy tym subtelny utwór do sceny opisu jak „Zaar”.

Wokale pojawiają się okazjonalnie, nigdy nie wypowiadając konkretnych słów, ograniczając się do kolejnego dźwięku. Najbardziej dobitnie rozbrzmiewają w kawałku o wymownym tytule „Passion”, gdzie niemalże cierpiętnicze zawodzenia nagle zastępuje piękny, delikatny śpiew dziewczyny.

Muzyka tła: 2,5/5 – da się, ale raczej nie jako samodzielny album. Trzeba zawczasu odrzucić kilka utworów nazbyt dynamicznych i zdecydowanie warto wcześniej dokładnie całość przesłuchać, by nie wpaść w nagłe zdziwienie gwałtowną zmianą nastroju;
Muzyka obszaru: 3/5 – album oderwany od tematyki filmu nie kojarzy się bynajmniej z sakralnością, prędzej z tajemnicą i konwencją snu. Przykładowe albumy, które możemy wzbogacić: pustynia, zagrożenie, sen;
Muzyka przygody: 4/5 – nie ma, co ukrywać. Duża część albumu jest nieprzydatna. Sam jeszcze nie przeprowadziłem pod niego sesji. Ale damn – byłbym w stanie do przynajmniej pięciu utworów zrobić osobne sceny. Świetne zasilenie inwencji;
Muzyka drużyny: Tak.




10 paź 2010

Blues RPG – muzyka i grafika


Jeżeli nie miałeś jeszcze okazji, zapoznaj się z poprzednią notką bluesową.

Poniższa lista nie zawiera jakiejś undergroundowej awangardy bluesa – są tu głównie utwory znane lub czerpiące z klasycznych motywów i skal, przez co nieco wyraźniej potrafią zarysować bluesowe standardy.

Jeżeli chcecie zapoznać się z przekrojowym, chronologicznym zarysem bodajże 50-o letniej twórczości amerykańskich bluesmanów, polecam składankę Martin Scorsese Presents the Blues, od której zresztą zaczęła się moja, heh, Przygoda z tym nurtem.

Zaczynamy od klasyki. „The Thrill Is Gone” jest jednym z najbardziej znanych utworów z tej listy, często nieutożsamiany z bluesem. Ciekawa jest również jego ewolucja – kiedy B.B. King stał się jednym z najbardziej cenionych gitarzystów świata (przez pewien czas piastował bodajże trzecie miejsce na liście „the best of”), zaczął swoje koncerty urozmaicać niekończącymi się solówkami, przez co ten krótki kawałek osiąga nawet 10, 15 minut. Standardowy utwór o miłości.


Kolejny utwór również jest bardzo znany, a to za sprawą udziału John Lee Hookera w filmie „The Blues Brothers”, w którym zgodził się uczestniczyć w nagraniu jednej sceny pod warunkiem, że producenci nie puszczą playbecku, tylko zgodzą się na nagranie ulicznego koncertu. „Boom boom” dotyczy miłości (?), lecz zaskakuje jego zmysłowość i całkowite odejście od nadmiernej, sztucznej idealizacji.


Trzecim z kolejności utworem będzie też słynny kawałek, który również miał swój udział w przeżyciach Braci Blues - „Sweet Home Chicago”. Poniższe wykonanie, prawdopodobnie najpopularniejsze, należy do duetu Keb' Mo' & Corey Harris, przy czym należy pamiętać, że to tylko jeden spośród utworów Roberta Johnsona, które później doczekały się nawet kilkunastu coverów.

A tu, dla porównania, jak to zagrał sam Johnson:


Moim ulubionym artystą bluesowym jest bez wątpienia Skip James. Znać go możecie z utwory pełniącego ważną funkcję w filmie „Ghost World”. Żeby nie przekładać własnych sympatii na całą notkę, zaprezentuję tylko jeden jego utwór, za to w dwóch wykonaniach – z lat 30' i (po wielkim powrocie przy wielkim boom na klasycznego bluesa) 60'. „Hard Time Killing Floor Blues” doczekał się sporej ilość coverów, w tym udanym filmie „O brother where art thou?”. Skip James był naprawdę zajebistym gitarzystą – wersja filmowa utworu jest tak prosta, że nawet ja potrafię ją zagrać, kiedy wersji Skipa Jamesa nie potrafi odtworzyć prawie nikt.
Wersja oryginalna:

Jedna z wielu prób ponownego nagrania studyjnego:


John Lee Hooker już się pojawił, tym razem zaś podziwiać możemy jego współpracę z Bonnie Rait. Kawałek „I'm In The Mood” bazuje na klasycznym, bluesowym bicie, jednak wrzucone doń solówki (może leniwe, za to posiadające wspaniałą melodię) poświadczają wielkie umiejętności gitarzysty.


Utwór powyższy był pomostem do bluesa wykonywanego przez płeć piękną. Kawałek „Wang Dang Doodle” (tak, tworzenie tekstów bluesowych nie zawsze wymaga wielkich umiejętności literackich) wykonany przez Koko Taylor, zbliżający się mocno to rhythm'n'bluesa dobitnie poświadcza, że blues nie jest przeznaczony wyłącznie do melancholijnego użalania się nad sobą.


To jednak jeszcze nic w porównaniu z beztroskim kawałkiem „Hound Dog” w wykonaniu Big Mama Thornton. Duża Mamuśka swym charakterystycznym, szorstkim wokalem udowodniła, że nawet duże dziewczynki potrafią się w bluesie odnaleźć.


Poniższy duet z melancholijnego wyznania wokalisty płynnie przechodzi w pełen pasji śpiew niewiasty. Przykład muzyki nowoczesnej, gdzie wokal i k4 instrumentów przestało wystarczać – pojawiła się orkiestra, a rola instrumentów znacznie przewyższała rolę śpiewu. Nagranie koncertowe:


O Son Housie wspominałem w poprzedniej notce – to ten niedoszły pastor-alkoholik. Nie chciałem załączać jakiegoś stricte religijnego utworu w rodzaju gospel (a trzeba wiedzieć, że Son House naprawdę poruszał widownię), stąd kawałek bardzo reprezentatywny, a przy tym świecki.
„Death Letter Blues” zasługuje na określenie „przykładowej improwizacji bluesowej”. W poniższej wersji możecie uświadczyć zaledwie kilkanaście z dwudziestu kilku istniejących strof – poszczególne zwrotki Son House dobierał wedle uznania i sytuacji, czasem wymyślał je na bieżąco, jeżeli chciał, zmieniał poszczególne wersy. W dodatku utwór jest piekielnie trudny do zagrania – jak on go na koncertach był w stanie zagrać niemal bez pomyłek, nie mam pojęcia.


Howlin' Wolf! Nie jakiś Wilk, nie Wilki czy Ulvery, tylko „howlin' wolf”! Utwór ten świetnie do wycia pasuje – tekstu ma niewiele, zaś jego najcharakterystyczniejszą częścią jest regularnie powtarzające się zawodzenie. Kawałek klasyczny wręcz, w którym największą rolę pełnią emocje wokalisty przy niemal niezmieniającym się tle muzycznym (choć rola harmonijki ustnej jest niebagatelna).


„Black Magic Woman” poznałem niedawno i niełatwo mi powiedzieć na temat utworu czy samego Fleetwood Maca coś ciekawego. Przede wszystkim jednak jest to utwór nagrany przez białych Brytoli, którzy swoją grupę uformowali w latach 60' jako jedni z wielu. Jest to więc biała wisienka na torcie, że tak rasistowsko się wyrażę (jakoś tak w temacie bluesa jestem niechętnie nastawiony do wszystkich białych).


Nie zgadzam się z faktem, że Catfish Blues, jakoś się nie przedostał do popkultury. Trudno się jednak dziwić, skoro Robert Petway urodził się niewiadomogdzie być może w 1908, nagrał 16 kawałków, zniknął w 1942 roku pozostawiając jedną fotografię. Człowiek bez życia publicznego, który w studiu pojawił się tylko dwa razy, grał sam, śpiewał sam i nie wiadomo nawet, czy umarł. Ale, damn, grać potrafił.


A teraz trochę archeologii. Wpierw Lightning & Group w jedynym, powszechnie znanym (za sprawą kompilacji Martina S.) utworze Long John. Doskonały przykład, jak blues wyglądał w czasach, gdy dopiero wyłaniał się z Murzyńskich work songów.


Tu zaś jeden z najsłynniejszych (IMO niesłusznie) utworów bluesowych świata - „Dark Was the Night, Cold Was the Ground”, nagrany w 1927 przez Blind Willi Johnsona. Utwór nie ma tekstu, zaś jego tytuł właściwie niewiele mówi (choć pozwala snuć sporo domysłów), niemniej określono ten kawałek jako gospel-blues (krytycy muzyczni... ah, jak niewiele Was różni od nas, filologów). W tym utworze właściwie nic się nie dzieje, ale że „ma klimat”, wysłano go na Złotej Płycie na pokładzie Voyagera w 1977 (przypomnę – jest to płyta, na której nagrano najbardziej reprezentatywne utwory i dźwięki z całego świata w nadziei, że ufoludki go dostaną do łapek i wrzucą do swojego fonografu).
Więcej o utworze na Wikipedii. Znajdziecie tam cytaty w stylu "the most soulful, transcendent piece in all American music".


No i jeszcze trochę z Roberta Johnsona, na dobry finał. Pamiętajcie, że nagrania w studiu w 1936 wyglądały nieco inaczej, niż obecnie – nikt tych kawałków nie ciął i nie uzupełniał, muzyk po prostu siadał i grał. Ten koleś naprawdę potrafił to zagrać idealnie przy jednym podejściu. „Crossroad Blues” to jeden z tych Bardzo Diabelskich Kawałków, w których osobiście niczego satanistycznego nie widzę, ale przecież powszechna opinia nie może się mylić.


Na koniec garść linków do ciekawych ilustracji:
http://amotion.deviantart.com/art/The-Devil-And-Mr-Johnson-34666913?q=boost%3Apopular+Mr+Johnson+And+The+Devil&qo=0
http://lucylking.deviantart.com/art/Blues-II-50516025?q=boost%3Apopular+Blues+II&qo=0
http://freepaint.deviantart.com/art/bluesman-24544256?q=boost%3Apopular+bluesman&qo=2
http://000moggy000.deviantart.com/art/Detroit-no-13-bluesman-59106182?q=boost%3Apopular+bluesman&qo=11
http://ericboler.deviantart.com/art/Lightnin-Hopkins-27487914?q=boost%3Apopular+Lightnin&qo=10
http://foolys.deviantart.com/art/Lightnin-Hopkins-8759337?q=boost%3Apopular+Lightnin&qo=34
http://grafik.deviantart.com/art/BLUES-91167461?q=boost%3Apopular+The+Blues&qo=11

6 paź 2010

Blues RPG

Poniższy zbiór myśli jest rozszerzoną wersją planu wypowiedzi, który zrealizowałem w ramach prelekcji na tegorocznym Pyrkonie. Uznałem, że nie warto ubierać jej w formę narracyjną – postawiłem na szybkość przekazywania wiadomości.

Założeniem prelekcji było mocno uprościć historię i teorię, by od razu przejść do rpgowego mięcha. Stąd bardzo duża część odnosi się do stereotypów, nie faktów.

Przepraszam za interpunkcję i nieczytelność, ale tekst pisany na kolanie, przed chwilą.

Polecam polską stronę Bluesman.


I. Blues – założenia i teoria.

Nazwa – nazwa tego nurtu wywodzi się od pojęcia „blue”, które poza kolorem powiązane jest z typową dla niebieskiego (zwłaszcza granatu) melancholią. Blues to „muzyka wynikająca z melancholii”, co nie znaczy, że zawsze musi być przygnębiający.

Pochodzenie i etapy – nie wiadomo, kiedy nastąpiły początki bluesa. Wywodzi się z kręgów amerykańskich Murzynów (patrz: Społeczność) prawdopodobnie z lat 90 XIX wieku (teorie wahają się od lat 70 do początków wieku XX). Zwłaszcza u początków istnienia można by uznać blues za rodzaj folku. Po II Wojnie Światowej gatunek, mimo licznych odłamów, mocno stracił na popularności. Z muzyki wiejskiej zaczęto przenosić się na gitary elektryczne, przechodzono po gospel, soul i jeden z wielu nurtów wywodzonych z bluesa – rocka. Na przełomie lat 50 i 60 bluesa zaczęli wykonywać biali Anglicy, przez co nastąpił renesans (sięganie po klasykę, nowe prądy jak rhythm'n'blues, odejście od opinii „muzyki dla idiotów”, covery dawnych albumów, powroty dawno zapomnianych gwiazd). Na przełomie lat 70 i 80 stary blues staje się wspomnieniem, rodzą się nowoczesne grupy, prawdziwe gwiazdy estrady (B.B. King), zauważa się atrakcyjność dla wyobraźni popkulturowej (film Blues Brothers), później powstają też nieanglojęzyczne grupy (np. polskie). Od tego momentu trudno mówić o bluesie jako całości, kończy się też pewna epoka. W XXI wieku blues, jak prawie cała kultura, zaczyna eksperymentować ze wszystkim, co popadnie, mieszając się z innymi nurtami.

Z serwisu Bluesman:
„Za symboliczną datę narodzin bluesa uznano 1903 rok. Stało się to na opustoszałej stacji kolejowej w Tutwiler w stanie Missisipi. Czarnoskóry kompozytor W.C. Handy oczekiwał wtedy na pociąg do Clarksdale (...). Jednak pociąg spóźniał się kilka godzin, więc postanowił przed jego przyjazdem zdrzemnąć się na ławce. Obudziły go – jak się później wyraził – „najdziwniejsze dźwięki, jakie kiedykolwiek słyszał”. Jak się okazało, na stację przybył również biedny, czarny muzyk. Aby umilić sobie czas do przyjazdu pociągu usiadł na ławce koło śpiącego Handy'ego i zaczął śpiewać przy akompaniamencie gitary, powtarzając wielokrotnie refren „Goin' Where The Southern Cross The Dog”. Handy natychmiast zanotował usłyszane melodie, a fakt ten z czasem uznano za odkrycie bluesa – nowego gatunku w muzyce.”

Z bluesem kojarzymy gospel i tzw. work songi (utwory śpiewane przy wykonywaniu różnych prac).

Społeczność – Murzyni w Stanach zyskali względną niezależność po wojnie secesyjnej (lata 60 XIX wieku), jednak nieustannie byli poddani rasizmowi i nie żyli na prawach równych białym obywatelom państwa. Ogromny procent analfabetów i życie w izolacji doprowadziło do tworzenia niemal samodzielnych struktur społecznych. Stąd można mówić, że musiało minąć sporo dekad, nim Murzyni stali się Afroamerykanami. Z tego powodu sztuka tamtych czasów często wymykała się skodyfikowaniu, pozostawała elementem kultury ludowej, nieliterackiej, często sięgającej po tradycyjne religie Afryki lub przeciwnie – odwołującej się do mocno uproszczonych poglądów misjonarzy tzw. wolnych kościołów chrześcijańskich (gospel).

Częstymi motywami kultury murzyńskiej są bieda, głód, śmierć, Bóg, rodzina, tęsknota, zagubienie w życiu (duchowym, ale też materialnym czy społecznym).

II. Stereotypowy utwór bluesowy.

Instrumenty – u początków XX wieku – klaskanie, uderzanie przedmiotami i nogami o ziemię do rytmu nadawanego przez przewodnika „chóru”. Później doszły do tego harmonijki, tragicznej jakości instrumenty muzyczne (banjo, gitara, skrzypce), wreszcie pianino czy instrumenty dęte (w przypadku zespołów – trochę kiepsko się śpiewa przy dmuchaniu w saksofon, harmonijka tu zresztą jest niewiele lepsza. Ostatecznie tę gałąź pozostawiono raczej jezzowi). Stereotypowym instrumentem bluesmana pozostanie gitara klasyczna lub akustyczna, zwłaszcza, że stopniowo instrument ten zaczął być uważany za równie wartościowy, co instrumenty muzyki klasycznej (działania m. in. Andres Segovii).

Tematyka – stereotypowy utwór bluesowy dotyczy nieszczęśliwej miłości, biedy, poszukiwań Boga, smutku (częsty motyw „i feel blues”, później przenoszony na zwykłe śpiewanie o samym „bluesie” - co dotyczyć może jednocześnie stanu ducha, jak i „ukojenia” leżącego we własnej twórczości – później jest to częsty motyw w rocku czy rapie).

Język – blues nasycony jest wiejskimi akcentami i dykcją, odnosi się do języka potocznego, często jest niecenzuralny lub rubaszny.

Ironia – w bluesie typowa jest ironia (realizowanie komunikatów niezgodnych z faktycznie przekazywaną treścią). Obok utworów w pełni pozbawionych ironii (zwłaszcza miłosnych), da się znaleźć sporo pozornych sprzeczności (np. radosne śpiewanie o własnym nieszczęściu).

Polityczna niepoprawność – stereotypowy bluesman jest niepoprawny politycznie i nie boi się poruszać w swoich utworach motywów tabu. Jako pierwsi poruszali w muzyce kwestie niewiary, narkotyków, polityki czy homoseksualizmu.

„Towntheme” – ciekawy materiał do wykorzystania w RPG – blues zrodził wiele utworów odnoszących się do konkretnych miejscowości. Kawałki takie jak Chicago, Dallas itp., da się bez problemu wykorzystać jako muzykę przygody lub przestrzeni.

III. Stereotypowy bluesman.

Elegancki i czarny facet – biały bluesman to nie bluesman. To późno rozwinięte popłuczyny rozwiniętej kultury bluesa. Prawdziwy bluesman jest Murzynem lub (później) Afroamerykaninem wywodzącym się z biednych kręgów (zwłaszcza wiejskich), żyjący w Stanach, na co dzień przywdziewający garnitur w nadziei, że przynajmniej okazując innym ludziom szacunek utoruje sobie trasę do zarobków i koncertów. Blueswoman (czy, po „polsku”, bluesmanki, lol) są raczej zjawiskiem rzadkim – nie ma to wyjaśnienia innego, jak seksistowski podział ról (kobiety do garów, chłopy do kos i gitar).

Samouk – Z serwisu bluesman:
„Droga do kariery pierwszych gwiazd bluesa była jednak trudna. Wiejscy muzycy stali początkowo na samym dnie hierarchii społecznej. Uważano ich za nierobów, gdyż nie chcieli pracować na plantacjach, z których dochody czerpały tysiące rodzin. Musieli oni opuszczać rodzinne strony i szukać miejsca, gdzie grą i śpiewem zarobią na utrzymanie. Podróżowali z farmy do farmy, co zauważyli właściciele plantacji, zatrudniając ich na potańcówkach.”
Z drugiej strony, bardzo wielu muzyków nie mogło pracować, gdyż, mówiąc wprost, byli niepełnosprawni. Zwłaszcza niewidomi dostawali do rąk instrumenty muzyczne – stąd wielu muzyków nosiło tytuły takie jak „Blind Lemon Jefferson” czy „Blind Willie Johnson”. Byli oni literalnie niewidomi. Zresztą podobnie zaczynał Ray Charles, który z bluesem związany był co najwyżej kilkoma utworami.

Ci z młodych, którzy wykazywali talent, bywali wysyłani do dorosłych muzyków w ramach szkolenia. Ta „szkoła” muzyczna była więc w ogromnej mierze dostosowana do trybu mistrza i ucznia. Nic dziwnego, że wykorzystywano charakterystyczne metody gry (jak wykorzystywanie kciuka w łapaniu akordów czy gry przy pomocy butelki, tzw. bottleneck, później dopracowany jako slide), stereotypowy chwyt instrumentu (często bluesmani trzymali gitarę nie w poziomie, lecz na ukos, trzymając gryf o wiele wyżej, niż pudło) i wreszcie wyjątkowo odchodzące od klasycznych stroje gitar (skoro oni sami sobie musieli stroić instrumenty, nic dziwnego, że niektóre utwory były grywane na takich strojach jak DBGDGD, co w języków laików znaczy mniej więcej „O_o”).

Standardy zmieniły się, gdy blues zaczął być słuchany i wykonywany w miastach.

Samotnik – bluesman to podróżnik. W swoim życiu widział (lub nie) przynajmniej kilka stanów i kilkadziesiąt miast i wsi. Ma sporo znajomości i przelotnych romansów na karku. Czasem dystyngowani i sławni, czasem stojący na granicy żebractwa, w poniżająco postrzępionych ciuchach. Cały majątek nosi w walizce i na sobie, żyje chwilą i rozpacza nieumiejętnością stworzenia stałych więzi.

Nosi gitarę – w futerale. Nie, bluesmani nie chodzą z gitarą na wierzchu, używają futerałów. Jakbyście nie wiedzieli, o „artyści” z DeviantArta, gitara po deszczu jest wyjątkowo podatna na krytyki.

Przeżywający niestabilność poglądów – czy fanatyk, czy bezbożnik, nie ma znaczenia – bluesmani wyjątkowo mocno rozdrapują swoją relację (lub jej brak) z Bogiem. Szczególnie mocno rozdarci są między hedonistycznym pożądaniem szczęścia „tu i teraz” a stabilizacją i dbałości o swój skarb w Królestwie Bożym. Rozbijając się o te skrajności, często będzie szukał zapomnienia w prochach, procentach, fajkach (pamiętaj – szkodliwość papierosów została ujawniona dopiero po IIWW, do tego momentu były jedynie hipotezy i podejrzenia) i kolejnych kochankach, by w końcu ponownie wylać swe serce przed Panem w słowach utworu.

Charyzmatyczny – bluesman musi potrafić oczarować publiczność nie tylko grą, ale też aparycją (niekoniecznie atrakcyjną), aurą tajemniczości i poczuciem humoru.

IV. Motywy do wykorzystania na sesji.

Muzyka przygody i przestrzeni – doskonała, mogąca posiadać motywację w świecie gry, świetnie komponująca się ze Stanami lat 30 – 60.

NPC/PC – groteska + stereotyp = raj w sesjach pulpowych lub takich, gdzie chcemy wstawić konkretną postać o możliwie charakterystycznej aparycji i cechach, bez zanurzania się w jej jakże głęboką psychikę. Czarny w garniaku, fajką w ustach, czarnymi okularami, walizeczką i gitarą świetnie sprawuje taką funkcję.

Bluesmani jako NPC mogą doskonale wpasować się w model tajnych informatorów, którzy nie ulegając presji władz mówią o rzeczach niewygodnych, znając też mniej legalne zakamarki społeczeństwa.

Okultyzm – motyw „devil bluesa” przejawiał się w popkulturze bardzo często. Choćby wątek Roberta Johnsona (obecny w jednym z ciekawszych odcinków serialu Supernatural). W skrócie RJ to muzyk, który wydał kilkadziesiąt kawałków, zaskoczył wszystkich genialnymi umiejętnościami gry na gitarze i niezłym śpiewem, by nagle zniknąć. Zwolennicy teorii spiskowych doszukali się w jego tekstach dziwacznych odniesień mówiąc, że mąż ten niezwykle często odnosił się do sfer diabelskich. Tego typu wątków znaleźć można więcej, a wymyślać je bez krępacji.

Cytat z serwisu Bluesman:
„W Delcie rzeki Missisipi mawiano, że jeśli początkujący bluesman stanie w ciemną, bezksiężycową noc przy pustym, wiejskim rozdrożu, może przyjść do niego szatan. Zawarty zostanie wówczas pakt o duszę bluesmana, który zapewni mu łatwe pieniądze, kobiety, whisky i sławę na resztę życia.”
W mej ulubionej wersji tej legendy diabeł przychodzi odziany w elegancki garnitur i stroi gitarę nieszczęsnego muzyka, co przypieczętowuje pakt.

Gitara przeklętego bluesmana jako gadżet w Wolsungu? Czemu nie.

Cthulhu blues – bluesmani nieźle się odnajdują również jako przedstawiciele kast prorockich i zakazanych ugrupowań. Powiązania z masonerią, sekretne bractwo wędrowców-muzyków, wiedza opętanych proroków, świadomość życia wampirzych klanów, voodoo i hoodoo – wszystko da się wcisnąć stereotypowej postaci na sesji.

Wrogowie – rasiści (w tym komuchy, naziole), ucieczki przed KKK, rywalizacja z innymi bluesmanami, szukanie schronienia przed egzekwującym dług gangiem i pragnącej zemsty kochanką – trudno o odnalezienie równej ilości naturalnych wrogów, których nasi gracze spróbują powstrzymać lub wspomóc w działaniu.

Wątki refleksyjne – jeden z muzyków, tzw. Son House, chciał zostać baptystycznym pastorem, jednak zrezygnował z tego na rzecz bluesa. Chociaż do końca życia tworzył teksty zawierające religijne wątki i wykonywał na koncertach proste utwory gospel, nigdy nie był przekonany, czy podjął słuszną decyzję. Wreszcie, zrozpaczony, zanurzył się w pijaństwie które – podobno – odebrało mu życie. Bluesmani to wdzięczny materiał do ukazania ludzi zrujnowanych, przygnębionych, rozdartych i mających coś do powiedzenia o trudach życia.

V. Przykłady z popkultury.

Filmy must watch, jeżeli chcemy pogłębić stereotypową sylwetkę bluesowych NPCów:
- Blues Brothers – każdy zna, niemal każdy widział. Co prawda bohaterowie są biali jak śnieg i wykonują raczej rhythm'n'bluesa, niemniej utrwalenie braci Blues wraz z hasłami takimi jak „bluesmobile” czy „we're on a mission from God” wyjątkowo mocno zapadają w pamięć.
- O Brother Where Art Thou – zabawny i ciekawy film przedstawiający targane ubóstwem, groteskowe Stany z pierwszej połowy wieku XX z dobrze wykorzystanym nawiązaniem do legendy o diable na rozstaju dróg.
- Ray – film właściwie nie dotyczy bluesa, jednak przedstawienie genialnego muzyka od nieco uproszczonej i słusznie nieprzychylnej strony sprawia przeplatane jest kulisami przemysłu muzycznego, życia wypełnionego zdradą i uzależnieniem oraz zapadającego w pamięć wyobrażenia biedy wiejskich Murzynów.
- The Greate Debaters – bluesa tu niewiele, ale daje wyobrażenie o tle życia pierwszych Afroamerykanów.

Muzyczne przykłady genialnego bluesa i garść ilustracji w niedzielę!

29 wrz 2010

Widokówka ze zrujnowanego miasta


Technology of Silence, twórczość pochodzącego z Rosji Denisa Romanova, stanowi przykład szkodliwości hobby z zakresu fantastyki. Stworzyć trzy darmowe albumy i singiel mające oddawać nastrój postapokaliptycznego miasta? Cóż za strata czasu.

Zdania na temat muzyki tworzonej pod patronatem Kaos ex Machina są różne, jednak TOS jest jedną z ich perełek. Poszczególne kawałki można ściągnąć z LastFM, zaś kompletne albumy na oficjalnej stronie w zakładce Discography. Albumy dostępne to Technology of Silence, Out from the Silence, Call of City oraz singiel A Boll With Performing Fleas.

(Swoją drogą, Denis musi mieć bardzo wysoką opinię na własny temat, gdyż bardzo łatwo natrafić na jego zdjęcia, zaś okładki zaprojektowane przez KeM są bardzo słabe. Projekt mocno kuleje od strony graficznej, jednak na Gwiazdę nigdy nie zabrakło miejsca.)

Założeniem zespołu jest odzwierciedlenie nastroju towarzyszącego życiu w pełnym zagrożeń i zniszczenia mieście – pozostałościach nuklearnego starcia. Stąd, podobnie jak w soundtracku do Robotici, mamy do czynienia z kompilacjami dźwięków nierzadko wymykających się tradycyjnemu postrzeganiu muzycznych instrumentów. „Perkusja” brzmi przez to bardziej jak raperskie bity, poszczególne dźwięki bywają monotonne (jako wyraźnie powtarzane z niewielkiej puli lub zapetlające konkretny wyrywek dźwiękowy), często pojawiają się też dźwięki mające zapewne kojarzyć się z wielkimi fabrykami, maszynami i futuryzmem. Regularnie pojawiające się klawisze mają swoje lepsze i gorsze chwile, jednak to głównie one warunkują obecność melodii w utworze. Wokalu praktycznie brak.

Dotychczas moje słowa można odbierać jako niechętne, sceptyczne. Prawdą jest, że zdecydowana większość utworów ToS brzmi podobnie do siebie. Zwykłe szumy, trzaski, rzadkie zmiany tempa. Nuda. Warto się jednak przemóc i oddzielić ziarno od plew – niektóre kawałki, choć zalatują amatorszczyzną, da się naprawdę dobrze wykorzystać.

Kawałki świetnie wpasowują się w sesje postapo (nagminnie używaliśmy ich w Neuroshimie), zwłaszcza jako podkreślenie atmosfery zagrożenia, upadku i rezygnacji. Przygnębiające utwory raczej nie wspierają konwencji heroicznej, stąd powinni po nie sięgnąć raczej prowadzący sesję na temat desperackiej walki o przetrwanie, nie bohaterskiego pojedynku na lightsabery z Molochem.

Niektóre utwory posiadają niezły potencjał do wykorzystania w świecie gry. A Boll With Performing Fleas lub Affectionate Song Of Radiation mogą wspierać opis deszczu; Call of City czy Greatings from USSR zawierają motywy łatwo nasuwające obraz starego radia w ruinach miasta; Broken Radiola zawiera dźwięki mogące przedstawić odgłosy maszyny Molocha.

Tytuły zresztą są całkiem inspirujące i pomagają powiązać zasłyszany utwór z jakąś scenerią – bardzo dobry materiał na improwizację. Znajomy podczas prowadzenia sesji potrafił czasem zmieniać narrację według tego, co akurat rozbrzmiewało w głośnikach – efekt był bardziej, niż zadowalający. Sporo znaleźć też można utworów dynamicznych, mogących wpasować się nie tylko w sceny akcji, ale i w walkę.

Technologia Ciszy – dosyć sztampowa nazwa, nawiązująca najwyraźniej do nieco już wyświechtanych oksymoronów (w stylu „cisza między nami krzyczy”). Powierzchnia pod nią skrywana też na pierwszy rzut oka nie zachęca do zagłębiania się – monotonia, brak znajomej nam naturalności, na dłuższą skalę męczące dźwięki, ogromna umowność (skoro jesteśmy świeżo po wojnie nuklearnej, to technologia pozwalająca na tworzenie elektro raczej się nie powinna rozwijać – ludzie powinni tworzyć nowe bębenki z radioaktywnej skóry). Jednak jak na darmową, eksperymentalną muzykę ma coś wyjątkowego dla swej konwencji – melodię. Otrzymujemy nie tylko zbitkę nastrojowych dźwięków, ale też faktyczną Muzykę, której da się słuchać. To już naprawdę coś.

Muzyka tła: 2,5/5 – jeżeli gramy w świecie futurystycznym, ToS się nada – niestety, bez wcześniejszej selekcji po godzinie czy dwóch może nużyć;
Muzyka obszaru: 3.5/5 – to nie są albumy przedstawiające postapokaliptyczne ruiny, lecz ilustracje ich nastroju. O ile więc nie przejmujemy się brakiem motywacji w świecie gry, możemy na podstawie samego ToSa stworzyć składankę „postapo”, która nam będzie służyć długo i wiernie;
Muzyka przygody: 3,5/5 – bardzo duża rozpiętość utworów pozwala świetnie podeprzeć sesje w klimatach s-f lub fantasy w przyszłości. O ile uda nam się przemóc do wykopania perełek, możemy zdobyć świetną muzykę dostosowaną do konkretnych scen;
Muzyka drużyny: Nie.

Więcej o ToSie w niedzielę!





5 wrz 2010

Niedzielna Polecanka #9

Zespół Sigur Rós nie kojarzy nam się z RPG. Nie tylko dlatego, że jego islandzkie korzenie sprawiają, że nie jesteśmy w stanie wymówić ani jednego tytułu utworu poprawnie, lecz przede wszystkim ze względu na sielankowy nastrój i falset wokalisty, który sprawia, że część osób nie może uwierzyć, że nie należy on do dziecka przed mutacją, a inna część – że nie należy do kobiety.

Zresztą teledyski pokazujące małe dzieci bawiące się w dorosłych, staruszków bawiących się w małe dzieci i dzieci w roli homoseksualnych piłkarzy raczej nie mają tendencji do rozwijania weny rpgowca.

Właściwie nie jestem pewny, czy polecany dzisiaj utwór jest faktycznie tworem Róży Zwycięstwa. Tak twierdzą Google, o ile tylko można potwierdzać utwór „Untitled” dla zespołu, który ma takowych z dwadzieścia. Nie za bardzo potwierdza to LastFM. Być może jest to apokryf. Ale dla mnie – w swej regularnie urozmaicanej monotonii – genialny.

Utwór znany jako „Untitled”, z być może nieistniejącego albumu „The Peel Sessions”.

Przykładowe sceny: sen; echo świątyni; medytacja. Inne użycia: muzyka tła; groteska.

18 sie 2010

Ze śmietniska wyższych sfer


Nid w swojej recenzji Houses of the Blooded zawarł informację o możliwości zakupu oryginalnego soundtracku do tego systemu. Pierwszą z mych myśli było: "fajnie!". RPGi posiadające własną ścieżkę dźwiękową? Osobiście marzę o czymś takim – zwłaszcza, że sporo fajnej muzyki nagrać można amatorskimi metodami, bez wynajmowania studia (jakże kosztownej zabawki).

John Wick sprzedaje ten album w całkiem fajnej oprawie. Po pierwsze – kupując przez sieć, płacisz za całość tylko 5 dolców i ściągasz pliki (dla obywatela Stanów ile to jest? Jeden wypad do McDonalda?). Po drugie – album The Blood Opera Suite został opisany jako część jednej z ostatnich oper Shivon Mwrra (jak to wymówić?), zatytułowanej No More Roses. Opis sugeruje, że sama opera jest bardzo emo. Nie zdradza jednak, że z jakiegoś powodu jest pozbawiona śpiewu, zawiera tylko muzykę (ładna mi opera). Stąd poszczególne kawałki noszą tytuły nawiązujące do odpowiednich scen (The Servants, The Second Duel, The Decision).

Wick podaje: "The Blood Opera Suite is an atmospheric soundtrack for your Houses of the Blooded game. Over an hour from the long–lost No More Roses opera, The Blood Opera Suite is a perfect sonic weapon for your Houses of the Blooded games". Zasadniczym klimatem HotB jest dworskie bytowanie grupy potężnych arystokratów. Czy album faktycznie realizuje obiecany potencjał "perfect sonic weapon"?

Zacząć należy, że chociaż nie znam się na polskim prawie, to wydaje mi się, że album został przypadkiem wrzucony do sieci za friko. Wystarczy wejść na oficjalną stronę systemu i można odsłuchać wszystkie kawałki za friko. Fajnie? Pewnie, tyle tylko, że wszystkie te utwory od razu wpadają nam do "temporary internet files", więc wystarczy po zbuforowaniu kawałka skopiować go do innego katalogu. Nie wiem, czy korzystanie z tempów, jakie się dostaje z oficjalnej strony jest nielegalne, ale jeżeli nie, to identyczny zabieg można przeprowadzić na wspaniałym OST z Labiryntu Fauna. (Będę bardzo wdzięczny za poradę prawną.)

Pomijając ten nie do końca udany zabieg, przejdźmy do zawartości płyty. Jest strasznie słaba.

Nie mam może pod ręką słownika terminów muzycznych, jednak jestem przekonany, że opera to coś więcej niż nudne pogrywanie tła, jakaś swobodna gitarka i przenikliwe melodyjki na keyboardzie. Dlatego odrzućmy cały ten klimatyczny bełkot sprzedawcy na muzycznym jarmarku i zakodujmy sobie album jako ambient&friends.

Jako jednak, że sam bardzo ambient lubię i słucham go w dużych ilościach, nie potrafię się przekonać do tego albumiku. Przede wszystkim jest monotonny. Istnieje kilka utworów o mocno zarysowanej, charakterystycznej melodii, jednak większość przemyka nie zwracając uwagi słuchacza. Nieco wybijają się pod tym względem trzy tzw. "bonus tracks" (? – najwyraźniej twórca nie miał pomysłu, jak je wstawić do swej "opery", a nie chciał ich marnować). Dźwięki są sztuczne – najbardziej przeszkadza to przy stylizacji na orkiestrę (My love, goodbye). Większa część albumu składa się z elektroniki oraz efektów zabaw z różnymi brzmieniami klawiszy. Teoretycznie kawałki można wykorzystać do bardzo różnych scen o różnym stopniu dynamiki, cóż jednak, skoro wszystkie budzą niechęć i znużenie?

Płytę da się zastosować jako wzbogacenie już istniejących w naszej kolekcji albumów. Na przykład Overture świetnie wpasuje się w soundtrack z Arcanum, poszczególne Duele można wpisać w składanki z muzyką bitewną, Temple of the Sacred Harlot (IMO najlepszy kawałek na płycie) jednoznacznie kojarzy się z krainami arabskimi,

Muzyka tła: 2/5 – lepsze to, niż głucha cisza, jednak z kilku kawałków trzeba zrezygnować – nie puszczać więcej, niż raz na dwie, trzy sesje;
Muzyka obszaru: 2/5 – kilka fajnych utworów da się wykorzystać do wzbogacenia naszych składanek, chociaż raczej zostaną wyparte przez lepsze zespoły;
Muzyka przygody: 1,5/5 – w założeniu album miał właśnie ten nurt wspierać. No cóż, nie wyszło;
Muzyka drużyny: Nie.

Jak się sprawdziło na sesji: nie sprawdzałem i w zdecydowanej większości nie sprawdzę.

Wszystkie utwory do odsłuchania tutaj. Polecam numery 1, 7 (zwłaszcza), 13 (choć z przymrużeniem oka).

Więcej o albumie w najbliższą niedzielę.