3 lis 2010

Ludowo, ale nie ludycznie


Drugim źródłem inspiracji jest dla mnie muzyka ludowa. Kawałki irlandzkie wbrew pozorom trudno dobrać jako podkład do sesji. U mnie dużo lepiej sprawdza się folk bretoński czy szwedzki. Muzyka z tych regionów jest mniej ograna na sesjach, a dzięki silnemu skupieniu na rytmie, z powodzeniem nadaje się jako podkład (...)
Ezechiel

Te mądre słowa sprawiły, że w przyszłym tygodniu prawdopodobnie pojawi się krótkie omówienie twórczości słynnej Garmarny. Tym razem, w tym samym tonie: Tenhi (co znaczyć ma ponoć „mędrca”, „jasnowidza”), wraz z albumami Maaäet oraz Väre.

Grupa ta przez pewien czas znana była jako finlandzki „dark folk”, ale, że termin ten nie ma skodyfikowanego znaczenia, obecnie się mówi po prostu o grupie neofolkowej. Gdybym miał spróbować opisać, jak „dark folk” interpretuję, powiedziałbym: folk pozbawiony przejawów radości, często z muzyką ludową kojarzonych.

Tenhi nie należy wiązać z konkretnymi tradycjami folkowymi. Korzystają z instrumentów często zapożyczonych z rejonów bardzo mocno oddalonych od Skandynawii, zwłaszcza Afryki, nie wspominając już o regularnie używanej perkusji (nie wyklucza to obecności wielu innych instrumentów perkusyjnych), gitarach (głównie akustycznych), skrzypcach i klawiszach. Właściwie „ludowość” tego zespołu jest dla mnie wielką zagadką, gdyż oczekiwałbym od tego nurtu mocnego osadzenia w jakiejś kulturze.

Jedną z wielkich zalet Tenhi jest napisanie wszystkich tekstów w języku fińskim. Zgodnie więc z oczekiwaniami, poszczególne partie nie będą się kojarzyć przeciętnemu graczowi nie znającemu sanskrytu z absolutnie niczym. Zresztą jak można próbować zrozumieć język, w którym pierwsze dziesięć liczebników to, poczynając od jedynki, kolejno: yksi (1), kaksi (2), kolme (3), neljä (4), viisi (5), kuusi (6), seitsemän (7), kahdeksan (8), yhdeksän (9) i kymmenen (10).

Jako jednak, że 90% muzyków pisze żenujące teksty, które budzą pocieszny śmiech, jest to rozwiązanie dla nas bardzo przydatne. Nie będzie parsknięć i usprawiedliwionych cytatów na offtopie – męski, niski głos, z ewentualnym dodatkiem chórów pozostanie dla nas tylko kolejnym instrumentem. W dodatku prowadzący będzie mógł włożyć w usta wokalisty jakąkolwiek treść, nie bojąc się przyłapania na nieprawdzie.

Utwory są zazwyczaj proste, posiadają powtarzającą się, urozmaicaną nielicznymi instrumentami melodię. Właściwie wszystkie z ciekawych utworów są melancholijne i spokojne, choć zdarzają się „heroiczne” wzniesienia atmosfery (stąd nie wolno brać albumów w ciemno – należy je zawczasu przesłuchać, nierzadko poszczególne kawałki skracając). Bardzo mocny nacisk położono też na podkreślanie rytmu. Zdecydowana większość piosenek zamyka się w czterech, siedmiu minutach.

Trzeba przyznać, że właściwie co drugi utwór jest udany – jest to zaskakująco wysoki procent

Muzyka tła: 4/5 – po wyrzuceniu mniej więcej połowy utworów nieudanych i jeszcze kilku nazbyt niestałych w nastroju, utrzymujemy świetne tło dla konwencji fantasy. Wyraźne, zazwyczaj stabilne melodie, dosyć leniwe i melancholijne. Zespół ten zresztą robi świetny kombos z opisywanym wcześniej albumem Kveldssanger;
Muzyka obszaru: 3/5 – klimaty okołoskandynawskie, zwłaszcza w barwach pulpowej krainy śniegu. Osobiście zwykłem słuchać Tenhi zwłaszcza w okolicach grudniowych świąt i późniejszych miesięcy – wspomaga wyobraźnię. Problemem jest jednak wyraźnie wykraczający poza ramy konwencji dobór instrumentów, które trudno dopasować do pseudośredniowiecznych realiów („siedzicie w karczmie, a tam kolesie z drumlami, pianinem, fletem, gitarą i perką”). Bardziej więc nowoczesne pulpa i umowność, niż mimetyzm dawnych czasów;
Muzyka przygody: 2,5/5 – bez szczególnych trudów da się poszczególne kawałki dopasować zarówno do scen walki, jak i konkretnych lokacji czy postaci, niemniej sercem pozostanie zbiór spokojnych utworów, które można sobie puścić jako tło. Dotychczas jednak chętnie wykorzystywałem Tenhi przy wprowadzaniu elementów groteski towarzyszącej lękowi.
Muzyka drużyny: Tak.


Doskonałe otwarcie, trochę gorzej przy upływie czasu:

Po trochę nudnym początku fantastyczny refren, w którym genialnie wykorzystana została technika gry na wiolonczeli przy pomocy nie tyle smyczka, co szarpania strun, np. przy 1:10:

Utwór nieustannie kojarzy mi się z wigilią:



Battle track:

Battle track 2:


(Więcej o Tenhi w niedzielę!)

31 paź 2010

Niedzielna polecanka #14; Podsumowanie października (+ update)

Niedzielna polecanka #14

Soundtrack z filmu „Ghost in the Shell” poraża swoją charakterystycznością. Przenikliwe głosy być może kobiet, być może starych. Jednoczesny psalm i krzyk agonii. Nie będę ukrywał, że zdecydowana większość utworów z tego zbioru jest nudna, poniżej jednak zamieszczam w mojej opinii najciekawsze.




Według mnie najciekawszy:



Utwory dostosowane w teorii do klimatów cyberpunkowych, sam jednak jeszcze w trzeciej klasie gimnazjum (uf) wykorzystałem jeden z nich jako śpiew skavenów przechodzących przez Middenheim. Kawałki z naprawdę dużym potencjałem.

Podsumowanie października

Październikowa ankieta dotyczyła sensowności wrzucania na blog recenzji albumów, które uważam za niewypały. Pytanie padło w kontekście obecności kilku takich tekstów na blogu – zazwyczaj starałem się je ubierać w ton prześmiewczy, żartobliwy i bardziej wyluzowany, niż zazwyczaj.

Wyniki:
Czy jest sens publikowania recenzji negatywnych (albumów niewartościowych, nieprzydatnych, słabych)?
Tak 8 (44%)
Nie 10 (55%)
Liczba głosów: 18

Wynik uważam za nierozstrzygający, stąd uznaję, że recenzje negatywne pojawiać się będą rzadko, zawsze w formie żartu i – w miarę możliwości – nie zajmując miejsca normalnych notek.

Najważniejszym jednak wydarzeniem miesiąca jest dołączenie do grupy autorów Cravena, który co drugi piątek będzie nas obdarzał notką bez z góry narzuconej formy czy treści. A że facet znacznie lepiej zna się na muzyce niż ja i wielokrotnie na swoim blogu udowodnił, że pióro ma lekkie acz uwagę skupiające, sam będę z niecierpliwością wypatrywał.

Jeżeli ktoś miałby ochotę zrobić z nami trio – zapraszam. : )

Publikacje w porządku chronologicznym:

The best of TOS; podsumowanie września
Blues RPG
Blues RPG – muzyka i grafika
Peter Gabriel - Passion
Muzyka Roberta Łuczaka
Clint Manssel – The Fountain, soundtrack
Duże otwarcie
Niedzielne polecanki, 12 - 13
Labradford – przekrój twórczości
Niedzielna polecanka 14; Podsumowanie października

Publikacje w podziale tematycznym:

Recenzje
Peter Gabriel - Passion
Clint Manssel – The Fountain, soundtrack
Polecanki
The best of TOS; podsumowanie września
Duże otwarcie
Niedzielne polecanki, 12 - 13
Niedzielna polecanka 14; Podsumowanie października
Zarysy twórczości
Blues RPG – muzyka i grafika
Muzyka Roberta Łuczaka
Labradford
Teoria, almanach
Blues RPG

27 paź 2010

Na długą drogę


Wikipedia podaje:
Post-rock is a musical genre characterized by the use of instruments commonly associated with rock music, but using rhythms, harmonies, melodies, timbres, and chord progressions not traditionally found in rock. Post-rock musicians typically produce instrumental music.

Po tym zaskakująco klarownym wstępie przejdźmy od razu do przeciwwagi w postaci jak zwykle nietreściwego LastFM:
Labradford, to zespół grający coś pomiędzy post-rock iem, a muzyką eksperymentalną. (Interpunkcja i pisownia oryginalne.)

Hasło „post-rock” zapewne większości z Was nie kojarzy się z niczym konkretnym, nie jest to bowiem ani nurt szczególnie popularny, ani intuicyjny. Niemniej miks z „muzyką eksperymentalną”, która nie oznacza w praktyce nic (podobnie jak słynna „muzyka indie”, która de facto nie podsuwa żadnej informacji o muzyce zespołu) to już pełny odlot.

Dość żalów, czas na mięcho. Labradford należy do najczęściej odsłuchiwanych przeze mnie grup – w Stanach być może w latach dziewięćdziesiątych mogła się cieszyć względną popularnością, niemniej od niemal dekady jest nieaktywna i nie przebiła się do Słowian.

Zespół o charakterystycznej, niewymawialnej dla osób ze ślinotokiem nazwie pojawia się na mej liście za każdym razem, gdy dopada mnie muzyczna apatia. Jeżeli naprawdę nie mam ochoty na słuchanie czegokolwiek absorbującego, wszystko wydaje mi się (błędnie, oczywiście) przemielone, przeżute i dawno wyplute, włączam sobie wirgińskie (od jednego ze Stanów, nie tego, co Wam przyszło na myśl) szumy. Dopiero, jeżeli to nie pomoże, zaczynam się niepokoić.

Labradford wydał kilka albumów, jednak między nagraniami z '93 a roku dwa tysiące nie ma szczególnej różnicy (a z pewnością trudno ją określić po zaledwie jednym odsłuchaniu). Nieznaczne zmiany w nastroju sprawiają, że odczuwać można czasem znużenie i monotonię – wyłapując jednak z każdej płyty perełki, da się złożyć solidną, nieco melancholijną składankę.

Grupa warta jest wysiłku poświęconego na selekcję. Spójność i konsekwentny dobór dźwięków owocuje zbiorem nieco rozleniwiających, lecz bezpiecznie odległych od usypiania melodii. Słowo „melodia” użyte jest tu użyte ze szczególnie dużą niepewnością, gdyż poszczególne kawałki posiadają bardzo podobną kompozycję – zbiór harmonijnych dźwięków powtarza się przez kilka minut, nieustannie przecinanych przez, zdawałoby się, przypadkowe zakłócenia, pozwalających utrzymać uwagę na kolejnych minutach utworu. Najważniejszym instrumentem pozostanie, a jakże, elektryczna gitara, bez jednak silenia się na akordy i solówki – pojedyncze nuty, zdające się za wszelką cenę unikać pierwszego planu, świetnie obrazują cytowane u początku wpisu wyobrażenie post-rocka. Obok tego dużą rolę odgrywają klawisze i elektronika, właściwie zastępująca tradycyjne instrumenty perkusyjne.

Wokal jest w praktyce niezrozumiały. Jakieś pojedyncze pobąkiwania da się zarejestrować, ale w sieci samych tekstów nie da się odnaleźć. Nie jest to problemem – wokal zawsze pozostaje na granicy słyszalności, jako tylko bełkoczący dodatek do całego rzędu równoważnych instrumentów. Nie wybija się, jedynie urozmaica tło.

Wielkim problemem Labradforda dla celów RPGowych jest jego powolne tempo i praktycznie brak dynamicznych przejść. Jeżeli prowadzimy sesję po zachodzie słońca, po ciężkim dniu, po zgaszeniu świateł, atmosfera może stać się aż nazbyt spokojna.

Muzyka tła: 4/5 – trzeba sporo czasu poświęcić na wyrzucenie z albumów co nudniejszych kawałków, jednak po wszystkim otrzymamy ponad godzinę bardzo dobrej muzyki tła. Leniwej, pobrzmiewającej z boku, nie rozpraszającej narracji. Niemniej raczej odradzałbym użycie jej przy klimatach fantasy w średniowiecznej oprawie;
Muzyka obszaru: 3/5 – przypuszczam, że większość osób nie podzieliłaby mojego entuzjazmu do połączenia „literatura Lovecrafta + Labradford”, jednak dorzucenie zespołu do składanek wpisanych w światy futurystyczne, w tym nawet postapokaliptyczne nie powinno wzbudzić większego oporu;
Muzyka przygody: 2,5/5 – monotonna podróż, sesje unikające dynamicznej akcji, odpoczynek od heroicznych przygód. Da się, ale trzeba uważać na potencjalne znudzenie;
Muzyka drużyny: Nie.






24 paź 2010

Niedzielne polecanki #12, #13

#12

Przez przypadek natknąłem się na bardzo ciekawą (to bezpieczne słowo) grupę zespołów (stworzoną przez słuchaczy, nie twórców) na LastFM, zwaną NeoMedieval. Niektóre z tych kapel są powszechnie znane i słusznie popularne, jak Faun czy Arcana, choć obecność tutaj Within Temptation i Dead Can Dance przypomina, co jest esencją darmowych serwisów, w których każdy może mieć swój udział (tak, mam na myśli bzdury).

Przede wszystkim jednak jest tu kilkaset zespołów które ledwie co nagrały album czy dwa w undergroundowych studiach, są praktycznie nieznane a przez to – ciekawe i wyjątkowe, nie narzucające konkretnych skojarzeń z innymi tekstami kultury (jak to często pojawia się przy soundtrackach).

Przykładowe odkrycie:


Tu w wersji z obciętym początkiem i zakończeniem:


Tradycyjna, arabska (bardzo wygodne słowo, gdy właściwie nie wie się, z jakiego ludu wywodzi się dany tekst kultury) pieśń w wykonaniu bretońskiej (chyba) harfiarki. I jest dobrze.

Zachęcam do własnych poszukiwań.

#13

Nowy współautor bloga „Graj Muzyką”, czy też mniej reifikując – po prostu Craven, za dawnych czasów („szczęśliwej, krwawej młodości”) już dawno temu wrzucił do sieci utwór, który potoczył za sobą łańcuszek skojarzeń prowadzących mnie bezpośrednio do dwóch kampanii L5K. Kawałek właściwie komiczny i pozbawiony choćby pozorów sensu, niemniej jego ogromna dynamika i często zmieniająca się, a przy tym wyrazista melodia są wybitne, o ile nie mamy nic przeciwko okołojapońskim nastrojom pulpy (trzymetrowi samurajowie z minigunami! Oczekujemy!).

Wersja ciekawsza, z elementami elektroniki:

Wersja bardziej tradycyjna:


Przykładowe sugestie narracyjne bazujące na anime „Samurai Champloo” (którego nie polecam):


Przykładowe sceny: walka; akcja; heroiczny, pulpowy pojedynek; stylizowana, japońska restauracja, w której kapela wykonuje niespodziewany, groteskowy utwór.