14 cze 2011
Notka wywrotowa
3 cze 2011
Notka odroczona
Dziś mogę jedynie polecić ścieżkę Henry'ego Jackmana do X-Men: First Class, którą możemy się od dziś cieszyć w kinach.
Henry Jackman - Frankenstein's Monster
20 maj 2011
4. Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie – Joe Hisaishi

Mononoke-Hime - Journey To The West
4. Festiwal Muzyki Filmowej w Krakowie raz jeszcze odbywa się w hali ocynowni ArcelorMittal Poland, w Hucie znaczy się. Miejsce to jest znacznie lepsze od błoń, gdzie pada deszcz, wieje wiatr, demoluje scenę i warunki cieszenia się widowiskiem. Ponadto tą porą koncerty na Błoniach konkurowały z Juwenaliami na miasteczku, co szczególnie można było odczuć w czasie koncertu w 2009. Gdy tylko partytury z „Pachnidła” przycichały można było usłyszeć radosne śpiewy pijanych studentów uzbrojonych w mikrofon.
Hala ma świetną akustykę, dach i wielki ekran, na którym mimo utraty synchronizacji bardzo przyjemnie oglądało się wykonawców z wielu kamer (więcej niż rok temu). W tym roku również obyło się bez nadmiernego gadania. Po uroczystym wstępie, żenującym żarcie prowadzącego i okazałej liście sponsorów zagrała muzyka i grała aż do końca. Niestety w tym roku (mimo niemałej ceny biletów) obyło się też bez programu koncertu, co zaliczamy jako żenadę numer jeden. Żenadą numer dwa jest fakt, że programy jednak były, tyle że dostępne gdzieś przed wejściem za 10 zł.
Kikujiro - Summer
Joe Hisaishi zaczął od mocnego uderzenia, praktycznie nie znaną mi kompozycją z „Nausicaä z Doliny Wiatru”. Efekt – świetne wejście, muszę zapoznać się z tym soundtrackiem. Jest epa. Następnie rozbrzmiały dość obszerne fragmenty „Mononoke-hime”. Fenomenalne wykonanie, podbite sporym chórem, innymi słowy – rewelacja. Oczywiście tej kompozycji mógłbym słuchać godzinami, ale tu nie wypada marudzić na ilość.
Następnie uraczono nas świetną kompozycją do „Generała” z 1926 roku, którą Hisaishi napisał w 2004. Po tym przyszedł czas na serię filmów Takeshi’ego Kitano, w tym „Brother”, „Hana-Bi”, „Kids Return” i kilka innych. Niestety zabrakło mi tam fenomenalnego „Kikujiro”. Jednakże słuchając „Spirited Away”, „Ruchomego Zamku Hauru”, łatwo było o tym zapomnieć… do momentu w którym jednak pojawiła się i ta kompozycja. Potem przyszedł czas na Ponyo, kwiaty dla Japończyka i owacje na stojąco. Po dłuższej chwili grzmiące oklaski ucichły i na ekranie pojawił się plakat „Tonari no Totoro” i po raz pierwszy w czasie koncertu publika wybuchła radosnymi okrzykami zanim jeszcze orkiestra zaczęła grać.
Spirited Away – Dragon Boy
Joe Hisaishi zrobił na mnie wielkie wrażenie. Nie jest może aż tak, żwawy jak siedem lat młodszy od niego Tan Dun, ale wzbudza równą sympatię i entuzjazm. Ponadto wykazał się imponującą wytrwałością, na przemian dyrygując i grając na fortepianie (czasem „kombinując” ze swoimi kompozycjami w ciekawy sposób), w pewnym momencie można było wręcz zobaczyć krople potu spadające z genialnego czoła. Wszystko to składa się na jeden z dwóch najlepszych koncertów w ramach czterech edycji Festiwalu (a przynajmniej takie są moje wrażenia na gorąco). Masa materiału, świetna realizacja, dużo grania i mało gadania. Mógłbym powiedzieć, że troszkę zabrakło mi „Dragon Boy” przy okazji „Spirited Away”, ale grzechem byłoby kręcić nosem przy tak obfitym repertuarze. Więc pomijając karnego wiecie-co dla organizatorów za żenadę z programem, wzorowa robota i wysoka poprzeczka dla dzisiejszego koncertu „Final Fantasy”.
8 maj 2011
Planescape: Torment - soundtrack
Zabrało mi dziś parę godzin znalezienie odwagi do napisania tej notki. Jej widmo ciążyło na mnie już od dawna. Było tak wyraziste, że w zeszłym tygodniu techniką wyparcia autentycznie zapomniałem o jej przygotowaniu.
Wiele już mówiono o soundtracku do Tormenta. Głównie w superlatywach a opinie, jakoby to był „najlepszy z soundtracków do gier komputerowych / gier cRPG” nie były rzadkie, choć raczej bym się z nimi nie zgodził.
Sama gra była dla mnie zawsze bardzo ważna. Na tyle, że OST przesłuchałem wzdłuż i wszerz i dotychczas nie wykorzystywałem go na sesjach. Za dużo skojarzeń. Nie zmienia to faktu, że będąc muzyką co prawda szalenie charakterystyczną jest też bardzo udaną zbitką króciutkich kawałków, zdatnych do wykorzystania jako muzyka chwili. Niespełna pięćdziesiąt pięć minut można skrócić do połowy godziny złożonej z rarytasów – a trzeba przyznać, że występują utwory przeciętne, a nawet bardzo słabe. Szczęśliwie, najsłabsze ogniwa nie dostały się do gry (Morte Theme, Morte Theme Alternate, Smoldering Corpse Alternate).
Wydaje mi się, że także przez niewykorzystanie w grze utworów Good Ending i Neutral Ending popularna jest w sieci opinia, jakoby gra miała posiadać alternatywne zakończenia, których nie zdążono zmontować. Czy tak jest w istocie – nie wiem.
Słabą stroną albumu jest wyraźne działanie syntezatorów. Nawet Deionarra, jeden z najbardziej znanych i lubianych utworów, wyraźnie został „wyśpiewany” przez klawisze. Cechą charakterystyczną są jednak niepowtarzalne „instrumenty” (brzmienia?) perkusyjne i dosyć nachalne wplatanie motywu głównego. Ta konsekwentność jednak umożliwia tym bardziej złożenie z grupy podobnych utworów fajną muzykę sceny (zwłaszcza ciekawe są battle tracki), a nawet tła – choć ku temu trzeba wpierw nieco się nasłuchać i poselekcjonować. Szczęśliwie nie ma faktycznych wokali, choć pozory chórów pojawiają się często.
Jako, że album można pobrać za darmo, pozostaje go polecić. Mark Morgan odwalił genialną robotę. Richard Band, odpowiedzialny (odpowiedzialni? Nie wiem, czy to nazwisko, czy nazwa grupy) za Smoldering Corpse Bar (przegenialny utwór stworzony na potrzeby dziwacznej gospody) i Credits (z niezrozumiałego powodu zalatujący Bliskim Wschodem, niemniej naprawdę udany) – jeszcze lepszą.
Warto obadać. Jeżeli Wasz team nie zawiera fanów gry, powinniście znaleźć użytek.
Szczególnie warte uwagi:
01 - Main Title
03 - Deionarra Theme
04 - Dak'kon Theme
05 - Annah Theme
06 - Ignus Theme
09 - Vhailor Theme
17 - Sigil Battle
20 - Modron Cube Battle
21 - Fortress Battle
24 - Smoldering Corpse Bar
30 - Ravel's Maze
32 - Fortress Of Regrets
33 - Bad Ending
34 - Neutral Ending
35 - Good Ending
38 – Credits
6 maj 2011
Dwa Poranki

Joe Hisaishi - The Legend Of Ashitaka
Z początku ciemność jest zupełnie nieprzenikniona, gęsta jak atrament. Ale z minuty na minutę zaczyna wyłaniać się czarny kształt na ciemnogranatowym tle. Krawędź dachu, gdzieś w dalszym tle korony drzew. Wszystko nabiera dokładniejszych kształtów, gdy pojawiają się błękity, czerwień i fiolet. Las, dom, uliczka, aż wyłania się słońce (1:08) i zalewa wszystko złotem, czerwony dach zdaje się niemal płonąć, ciepłe promienie prześwitują przez cienki papier shoji. Wraz z świtem, do życia budzi się miasteczko...
Tak zaczyna się sesja. Sielankowy poranek, chłopi ruszają do swoich chłopskich zajęć, samuraje do swoich samurajskich... wiadomo. Ale jakiś czas później następuje kolejna noc. A my zrobimy wrażenie, że w ramach jednej sesji mamy powtórzyć ten sam opis...
Joe Hisaishi - The World Of The Dead II
Raz jeszcze nieprzenikniony mrok nocy zaczyna się rozjaśniać. Ciemnoniebieskie niebo znowu wyłania kształty zabudowań. Powoli robi się coraz jaśniej, widać czerwony dach, wstaje kolejny dzień. (0:30) Widać poszarpane shoji, w części zdemolowane, reszta jest zbrukana krwią. Filar na którym utrzymuje się ta część domu nosi ślady potężnych pazurów. Na podłodze można dostrzec czyjeś szczątki z sztywną dłonią wyciągniętą ku górze, z agonalnie powykręcanymi palcami. Rozlega się makabryczny krzyk chłopskiej dziewczyny, która jako pierwsza odnajduje zwłoki.
Tadam! Koniec sielankowych poranków. Proste i daje okazję by na Graj Muzyką zachęcić do soundtracka z Księżniczki Mononoke.
24 kwi 2011
2TM2,3 – wpis świąteczny
Jak tu bowiem nie kochać grupy, która w nazwie ma werset biblijny, śpiewa o Chrystusie i zaczyna pierwszy album takim to kawałkiem:
I wpatruje się dziecko w tekst z Księgi Izajasza (nie to, żeby je rozumiało) i słucha tej muzyki, którą zawsze kojarzyła z „szatańskim grołlem” i uwierzyć nie może. A buła się cieszy.
Na moich sesjach rzadko grywamy w świecie historycznym lub współczesnym, a jak już, to zazwyczaj wiara ma tam znaczenie marginalne. A jednak, gdyby grać w takie Armie Apokalipsy (które, jak rozumiem, z Biblią nie mają nic wspólnego), to Marana tha zasługuje na miano battle theme'a.
Prawie wszystkie kawałki 2TM2,3 posiadają tekst zaczerpnięty z Pism. Niektóre są zaskakujące. Inne piękne. Część do mnie wcale nie przemawia. Widzę jednak ogromny potencjał w utworze rozpoczynającym się spokojnie i pokornie, a wreszcie wchodzącym na estetykę wzniosłości, przytłoczenia.
Czyż nie dałoby się tego wykorzystać jako tło do opisu epickiej bitwy – tak między aniołami, jak i krzyżowcami? W Audacity wywalić da się nazbyt „spokojne” refreny i jedynie przedstawić zgiełk, chaos i okrucieństwo osób znających potrzebę wiary, ale nie Boga. Poczynający się od 3:58 wyrazisty rytm to czas przygotowujący w sam raz na zarysowanie kształtu w obłoku dymu, postaci zsuwającej się z niebios, której niszczycielskie działanie z pasją opisujemy od 4:18.
Tego typu utworów znajdziemy więcej. Dość wymienić
czy wreszcie
Jednak zrozumiałe jest, że nie każdy chciałby ująć kwestie wiary tylko w pełnych patosu i wzniosłości ujęciach, przemocy i potędze. 2TM2,3 zapewnia też sporą kolekcję utworów subtelniejszych i spokojniejszych. Męskie wokale częściej zastąpione są przez niewieście (choć chórów nie ma ni w części czadowej, ni akustycznej), gitary elektryczne, basówki i perkusja schodzą na drugi plan, zastąpione trąbami, cymbałami, tradycyjnymi bębnami.
Mistrzowsko wykonany Psalm 23 – obdarzony i tą łaskawością, że tekst polski zastąpiono oryginałem, przez co natchniona kapłanka z perspektywy graczy nie wybije się na tle śpiewających glosolaliami szaleńców – jest tego najlepszym przykładem:
Słynny jest Psalm 130, znany zresztą w różnych wykonaniach (gdyż, co warto wiedzieć, wykonania koncertowe wychodzą tej kapeli czasem skrajnie odmienne względem pierwowzoru), łączący oba ze wspomnianych stylów:
Jak jednak wiedzą stali czytelnicy tego bloga, nie jestem zwolennikiem muzyki sesyjnej, w której tekst wybija się na przód. Stąd cenię zwłaszcza kawałki, które da się wcisnąć na albumy odpowiedzialne za tło i sceny:
Jakby jednak nie spojrzeć, muzyka o wymiarze religijnym ma to do siebie, że nawet stworzona została po to, by przemawiać do słuchacza. Stąd stosuję ją bardzo rzadko – zresztą zdecydowana większość mych współgraczy to osoby niewierzące lub wręcz wrogo do wiary nastawione – i głównie jako muzykę chwili. A przecież o ile gramy z osobami, które potrafią się nieco zdystansować, możemy wykorzystać choćby motyw z filmu Conan, w którym to drużyna włamuje się do świątyni i słyszy odległe śpiewy wiernych:
22 kwi 2011
Gaeta's Lament
Bear McCreary - Gaeta's Lament
Ta balladka z czwartego sezonu może się świetnie przydać w każdym systemie.. Trik koncentruje się na bardzo powolnym przejściu. Zaczyna się bardzo estetycznie, by powolutku, powolutku przejść w bardzo złowieszcze brzmienia.
Początkowo myślałem, że to idealny kawałek do jakiegoś fantasy. Drużynka siedzi sobie wieczorem, bard śpiewa na swojej warcie a jakieś podłe ludzie się skradają z najczarniejszymi intencjami w dłoniach... A potem wymierzyłem sobie siarczystą lepę.
Po pierwsze, kto gra bardem? Po drugie, nuda. Gracze mają słuchać jak MG opisuje jak ktoś ich nachodzi z nienacka? Durnota. Po trzecie, jednym z moich celów na tym blogu jest pokazywanie, że muzyka służy nie tylko MG ale i graczom. Dlatego zapomnijcie (częściowo) o powyższym. Albo chociaż odwróćcie role. Kiedy w fantasy to wasi gracze gdzieś się chcą zakraść i coś może pójść nie tak, lub wręcz na bank pójdzie nie tak, to w czasie ich działań puśćcie ten kawałek (jest stosunkowo długi). Jakiś bard piętro niżej lub w karczmie na przeciwko byłby fajnym, dodatkowym spleceniem opisu z muzyką.
Oczywiście Battlestar Galactica to najlepszy przykład na to, że ten kawałek może znaleźć się w analogicznej sytuacji w SF czy jakimkolwiek systemie. W końcu wokal nie musi być traktowany tak dosłownie. Clou dla mnie w tym wypadku jest po prostu wstępna estetyka, piękno, które później ustępuje rosnącemu napięciu i zagrożeniu. Może to być wstęp do walki lub do głośnego "uff". Może tez być świetnym cliffhangerem, momentem przerwania sesji w iście serialowym stylu.
Na koniec link do bloga samego Beara, który świetnie pisze o tym jak powstawała muzyka do serialu. W tym oczywiście jedną notkę poświęcił tej balladzie.
17 kwi 2011
Wiedźmin (film) – soundtrack
Zła opinia krążąca wokół filmu sprawiła, że jego soundtrack odszedł w niepamięć. Niezła gra komputerowa The Witcher została obdarzona muzyką dość przeciętną, a jednak da się na nią trafić niemal wszędzie.
Wierzcie lub nie, ale wpis ten umiejscowiony jest w cyklu, który osobiście nazywam „Top X albumów z fantastyki”. Gdybym miał zrobić listę dwudziestu albumów, które poleciłbym każdemu chcącemu pograć w konwencji fantasy, ten OST pojawiłby się tam bez wątpienia.
Vade mecum.
----
Łał. Czego tu nie ma. Niezwykle wyraźny rytm prawdziwych bębnów, klawisze, na czele kobiecy wokal, chóry w tle, trąby, elektronika, talerze, uf. Aż trudno się połapać. Zmiany w obrębie tych pięciu minut są przytłaczające: to instrument dochodzi, to zmienia się melodia, przejście, wokal w tę, tamtą – czyste szaleństwo. Nie mam pojęcia, w jakim kontekście pojawia się ten kawałek w filmie, jednak jeżeli chciałbym wydobyć utwór mający rozpoczynać każdą sesję heroicznej kampanii stylizowanego na średniowiecze fantasy – to jest mój typ. W sam raz na sesje opierające się o patos i / lub wzniosłość.
To jest w gruncie rzeczy niezwykłe – jednocześnie Ciechowski stworzył utwory, w których dzieje się niezmiernie dużo, a przy tym można je ze spokojem wykorzystywać jako muzykę tła czy sceny, nie tracąc przy tym na wartości jako muzyka chwili. Trzymający w napięciu, świetny do scen walki Zew wilka
czy niemalże żywcem wyrwana z katedry Oniria
stanowią jednocześnie kopniak dla wyobraźni i materiał na składanki pokroju „walka” czy „sacrum średniowieczne”.
To zdecydowanie wzniosłe i patetyczne kawałki są największą zaletą albumu. Da się jednak znaleźć nieco sielanki, jak wymownie zatytułowane Leczenie ran
i jedyny ciekawy utwór z tekstem, jakim jest niezapomniane Zapachniało jesienią.
[b]Najsłabszym[/b] aspektem jest zbiór Rad Jaskra, brzmiących jak wata cukrowa maczana w kompocie truskawkowym („miłości nie uciekniesz więc poddaj się jej”)
Do słabych kawałków należy też Uciekajcie (zmodyfikowana wersja samego początku Zewu wilka), nudna Ballada dla Yen i bazujący na tej samej melodii Jak gwiazdy nad traktem przypominający Baśka miała fajny biust. Tyle o syfie.
O ile dobrze rozumiem, album ten jest ostatnim ukończonym projektem Ciechowskiego, który udało mu się zamknąć przed niespodziewanym zgonem. Patrząc nań powiem szczerze – choć nie jestem fanem twórczości tego muzyka, to myśląc, że mogło powstać więcej równie genialnych albumów, niewielu twórców tak bardzo mi brakuje na polskiej scenie muzycznej. Cytuję jego wypowiedź ze strony internetowej:
„Długo zastanawiałem się razem ze scenarzystą, jaka to ma być muzyka, i w jakim stylu. W końcu doszliśmy do wniosku, że musi być poza wszelkim stylem. Powinna być na tyle dystynktywna i rozpoznawalna, aby określała tamtą rzeczywistość i jednoznacznie kojarzyła się z "Wiedźminem".”
Doskonała decyzja. Jej efekt: jeden z najlepszych soundtracków, jakie znam. Zdecydowanie wart zakupu
– Muzyka tła: 2/5 – po wywaleniu słabizny można puszczać przy sesjach fantasy, w czasach gimnazjum robiliśmy to cały czas;
– Muzyka sceny: 3,5/5 – składanki tyczące się walki, patosu, kobiecego śpiewu, karczm, melancholii naprawdę można wzbogacić;
– Muzyka chwili: 5/5 – trochę naciągam. Koło ośmiu utworów jest wartych śmietnika. Za to reszta – mistrzostwo;
– Muzyka drużyny: Tak.
10 kwi 2011
Arcanum
Jeszcze przed założeniem bloga Graj Muzyką miałem w głowie kilka soundtracków, które chciałem omówić. Jednym z nich był album Black Moon Chronicles. Kolejnym, nieostatnim, był Arcanum. Długo jednak wahałem się, czy warto nań tracić aktualkę, gdyż jest naprawdę dobrze znany. Zwłaszcza w Polsce, gdzie gra komputerowa Arcanum od dawna jest przytaczany jako jedna z najsilniej oddziałujących na wyobraźnię inspiracji do Wolsunga, zaś na świecie był bodajże pierwszą tak dopracowaną (co nie znaczy: dobrą) grą zakorzenioną w nurcie steampunk.
Ten OST jest wszędzie. Serio. Da się go ukraść z wielu miejsc w sieci, a zdarza się, że na przykład mój prowadzący od Wolsunga powie, że by „wejść w klimat” słuchał go cały dzień i już ma go dosyć. Stąd chcę dorzucić swoją opinię – nieco zdystansowaną i nie tak entuzjastyczną, jak często spotykam w sieci.
O ile płyta ma kilka naprawdę dobrych utworów, potrafi się przejeść bardzo szybko. Tak bardzo, że znam osoby, które wyłączały muzykę w trakcie gry i puszczały cokolwiek innego z Winampa.
Ben Houge postawił na oryginalność i osiągnął sukces. Każdy, kto grał w Arcanum, nie pomyli tych utworów z niczym innym. Ich podstawą jest kwartet smyczkowy (w swym najbardziej standardowym składzie – dwie pary skrzypiec, altówka i wiolonczela). Utwór Quintara posiada dodatkowo djembe (w ilościach śladowych) i rainstick („kij deszczowy”, instrument bez polskiej nazwy, wydaje dźwięk podobny do deszczu). Trzy ostatnie utwory z listy zostały doprawione syntezatorem.
Dostrzegacie już problem? Tak, mamy wpierw ponad czterdzieści minut muzyki smyczkowej, później nieznaczne urozmaicenie, które w dwóch ostatnich kawałkach przechodzi w zwyczajny, nieciekawy szum (rekwizyt do lochów).
Drugi problem to fakt, że za każdym razem, gdy puścimy te utwory przy osobach, które zetknęły się z Arcanum, na dziewięćdziesiąt procent wytworzymy w nich skojarzenia z przypowieścią o maszynach i magyi. To mocno zawęża potencjalne wykorzystanie.
Są utwory mniej lub bardziej dynamiczne, mniej lub bardziej udane. Część utworów różni się znacznie, co nie dziwi, skoro część z nich miała przyozdabiać spacer po wsi, kiedy inne obrazowały walki w podziemiach. W gruncie rzeczy sam sięgnąłem po grę komputerową tylko dlatego, że usłyszałem mój ulubiony kawałek, Villages:
Choć nie przebijam swym oddaniem osób, które wykonują covery całego albumu:
Co i tak nie pobija mego znajomego, potrafiącego włączać grę tylko po to, by posłuchać „main theme'u”:
Soundtrack ma fanów, ma też licznych wrogów. Osobiście widzę jedno rozwiązanie – puścić drużynie jeden utwór i spytać, czy się podoba. Dopiero, jeżeli otrzyma się potwierdzenie, warto się albumem pobawić. A, niestety, wymaga wcześniejszego zapoznania. Po wywaleniu słabych utworów i wspomnianych już szumów, pozostaje z pół godziny muzyki o tak różnej dynamice, że dodatkowo warto oddzielić utwory spokojne od, heh, „utworów akcji” (które w innych grach na pewno by tego miana nie zdobyły). Poza tym, taki Dungeons podchodzi pod grozę.
Jeżeli puścimy album jako tło, połowa graczy uśnie, połowa będzie myślała o wojownikach w pancerzach płytowych i z rewolwerami. Wymaga on przemyślenia i sam fakt, że „kojarzy się steampunkowo” (bodajże samo Arcanum utworzyło stereotyp, który wzorcowo wypełnia) nie wystarczy, by puścić go na dowolnej sesji Wolsunga.
Jest to muzyka, którą należy się bawić w przemyślany sposób. I tylko w wąskiej konwencji. I nawet, jeżeli można ją wpisać do nurtu wysoko-artystycznego i stoi na wysokim poziomie, IMO nie warto nieustannie podkreślać jej zajebistości.
– Muzyka tła: 1/5 – słucham tej muzyki z godzinę i co chwilę ziewam;
– Muzyka sceny: 3/5 – do sesji steampunkowych znajdziemy sporo pożywki, jednak koniecznie trzeba ją przeplatać innymi wykonawcami, by zwalczać monotonię. Najlepiej oddzielić od siebie kawałki skrajnie odmienne i dorzucić je do istniejących składanek;
– Muzyka chwili: 4,5/5 – otrzymujemy tu masę fajnych rekwizytów, które w przemyślany sposób mogą zachęcić nas do konkretnych motywów, będąc dobrą pożywką dla wyobraźni;
– Muzyka drużyny: Tak.
Ciekawostka: Istnieje utwór, które nie wchodzi w skład oficjalnego soundtracku. Numer 22 (dobry!) do znalezienia tutaj: http://sierrahelp.com/Assets/Music/Arcanum/
8 kwi 2011
Epicki Alfabet B
Bishop's Countdown - James Horner
Jeśli poprzednio brakowało wykopu, to ten utwór może nim obdzielić co najmniej dwie sąsiadujące literki. Ale czego innego można się spodziewać po kompozycji do jednego z najlepszych filmów SF ever? Bishop's Countdown spodobał się Cameronowi tak bardzo, że wykorzystał go w Obcym dwukrotnie. Prowadząc RPGi użyłem go dopiero raz, wciąż czekam na kolejną godną scenę.
Beast II - Shiro Sagisu
Tak się alfabetycznie złożyło, że dwa razy z rzędu wskakuje Shiro Sagisu. Kultowe anime i jedna z jego najlepszych scen, kiedy Jednostka 01 niszczy swoje ograniczniki i pożera Anioła. Z pewnością to wspomnienie ma znaczenie, jednak sądzę, że utwór obroni się sam. Co ciekawe przypadkiem wpadłem na świetny metalowy cover.
Battery - Metallica
Uwielbiam Battery w całości, ale znajduje się tutaj z powodu absolutnie genialnego intro. Pierwsze 66 sekund to epicki metalowy cukierek. Bez dwóch zdań. Chciałbym go kiedyś zamieścić w prologu do sceny bitewnej. Niestety po intro będzie to trzeba z czymś zmiksować. Ciekawostka - Battery powstało w 1986 roku, czyli wtedy co Aliens.
The Bridge Of Khazad Dum - Howard Shore
Zgadnijcie, który utwór w 2002 przekonał większość członków Akademii, żeby statuetka poszła w spocone łapki Howarda Shore? Miejsce tego utworu w tym spisie jest tak oczywiste, że nie ma co pisać.
Samuel Barber - Adagio For Strings (chór)
Kompozycja Barbera niejednokrotnie nazywana jest najsmutniejszą muzyką jaką kiedykolwiek skomponowano. Sam Barber ponoć zaczął od wizji strumienia z którego wyrasta rzeka. Nie mogłem się zdecydować na jeden wariant, dlatego zamieszczam dwa - z Homeworlda z dominującym chórem, oraz orkiestralny z perfekcyjnymi smyczkami.
Battlestar Galactica - Prelude To War - Bear McCreary
Niesamowity serial, masa klimatycznej muzyki. Jednak do zaledwie kilku pasuje do kryterium "epickie". Jednym z nich jest Prelude To War, który uświetnia genialny, podwójny odcinek Pegasusowy. Konkretnie - scenę, kiedy Adama dowiaduje się, że jego sąd polowy skazał jego ludzi i postanawia ich odzyskać...
Brood War Intro - Jason Hayes & Glenn Stafford
Pewnie nie jestem jedynym, który po obejrzeniu intra Brood Wara był przekonany, że użyto w nim jakiejś klasyki z przed stu lat. A tu niespodzianka, geniusze z Blizzarda mają szersze talenta niż można by się spodziewać.
3 kwi 2011
Kroniki Czarnego Księżyca
Ciekaw jestem, jak Pierre Esteve ocenia swój album wydany dekadę temu. W sieci da się znaleźć wypowiedzi, jakoby był to jeden z najlepszych soundtracków wydanych kiedykolwiek. Mniej więcej od dziewięciu lat słucham go przynajmniej raz na kwartał godzinami. Ma w sobie wielką moc.
Co dziwne, trudno go kupić. Co jeszcze dziwniejsze, występuje w dwóch kopiach – jedna ma utworów 12 (faktyczny OST), druga – 14 (a może nawet 15), jest prawdopodobnie efektem zabawy z plikami do gry znudzonego cwaniaka i można ją co najwyżej ściągnąć z sieci. Obie wersje się uzupełniają i chociaż nie wszystkie utwory są genialne, po wyodrębnieniu najnudniejszych pozostają prawie trzy kwadranse (!) muzyki jednocześnie dynamicznej i statecznej, groźnej i podniosłej, triumfalnej i zostawiającej krwawy posmak.
Esteve podjął krok, który zapewne był bardzo kosztowny – miast ograniczać się do zwykłych syntezatorów i klawiszy, zainwestował w liczne instrumenty perkusyjne, łacińskie teksty, niepozostawiające w niedosycie chóry (głównie męskie, choć nie tylko). Sama gra komputerowa przedstawiała historię typowego świata fantasy, w którym ścierały się ze sobą cztery potęgi: dotychczasowy, niepodzielny władca, Imperator, na czele niezliczonych legionów; oddziały Światła, armii zakonnej, która zaprzedała ideały przed pokusą władzy; Sprawiedliwość, ostatni obrońcy cnót, paladyni na usługach Boga; wreszcie Czarny Księżyc, wcielenie piekieł, skute nietrwałymi łańcuchami, zniewolone orki, trolle i nieumarli pod władaniem zaprzedanych demonom czarnoksiężników. Gdzieś z boku błąkają się jeszcze smoki, elfy, krasnale, poruszone żywioły i tak dalej. Krótko mówiąc: same głupoty.
Co ważne, gra obraca się mocno wokół wątków religijnych, bohaterstwa, grozy i wielkich bitew. Używałem tej muzyki regularnie podczas rozgrywek w bitewaniaki, sprawdzała się wyśmienicie – zarówno w systemach fantasy, jak i przy Warhammerze 40 000. Patetyczna i rytmiczna, w dużej mierze dostosowana do marszu. Bardzo wyraźnie zarysowana i utrzymywana konwencja. Długość utworów zazwyczaj obraca się wokół pięciu minut, zaś zdecydowana większość z nich zmienia się we własnym obrębie – twórca robił chyba wszystko, co mógł, by utwór pozostawał spójny, ale też nie zanudzał. Da się przez to znaleźć na przykład znany kawałek Wismerhill, gdzie bez ostrzeżenia pojawia się wykrzykujący, niczym komendy na polu bitwy, mężczyzna, zaś utwór od tej pory zdaje się właściwie od początku tylko na te krzyki oczekiwać. Czasem jednak przemiany zdają się zachodzić jedynie w trzecim, czwartym tle, za pierwszym odsłuchaniem całkiem nie do wyłapania, a jednak dające niebywałe efekty.
Tak, piszę nie unikając entuzjazmu, bez zjadliwości, bez dystansu. W wersji „rozszerzonej” trzy ostatnie utwory to szumy, doskonałe rekwizyty na sesje z akcją w okolicach cmentarza lub zamglonych wrzosowiskach. Wersja „standardowa” posiada utwór Justice, również rekwizyt, za to brakuje mu wybitnego utworu z wersji „rozszerzonej”, który sam nazywam „hymnem Sprawiedliwości”, choć jego tytułu prawdziwego nie znam.
Mógłbym dodać, że utwór Land od Witches mi się nie podoba.
Ale by wymieniać wady? O nie. Nie sądzę.
– Muzyka tła: 3/5 – nazbyt podrywa do walki, ale jeżeli gramy w świecie fantasy i wiemy, że sesja będzie mocno nastawiona na konflikty, można ze spokojem wrzucić;
– Muzyka sceny: 5/5 – mniej do potyczek i walki, bardziej do epickich bitew. Pierwsza liga, nie tylko do fantasy;
– Muzyka chwili: 4/5 – niektóre kawałki da się wykorzystać jako samodzielne rekwizyty, wszystkie zaś niemal umożliwiaj zabawę narracją;
– Muzyka drużyny: nie.
1 kwi 2011
Polecanki na serio - reszta to żart
King Joe - Kung Fu
Cyberpunkowa przygoda miejska. Gracze uganiają się z świadkiem koronnym za którym Yakuza i gang czarnoskórych wysłali hordy swoich cyngli. Na pewnym etapie przygody trzeba się przyczaić przed kolejnym ruchem, bo policja musi namierzyć kreta, który zdradza położenie nieszczęsnego księgowego (w rzeczywistości to jednej postaci ktoś podrzucił pluskwę). Po chwili pełnej napięcia ciszy postać na czatach (a później i reszta) zostają zaatakowani przez drobnych ubranych na czarno azjatów z noktowizorkami na oczach. Sesja w lekkim klimacie jeżdżenia po rasistowskich stereotypach, więc i muzyką można się pobawić.
John Carpenter - Everyone's Coming to New York
Będę szczery - nie użyłem jeszcze, ale jak tylko będę planował sesję postapo (choć i to nie konieczne) w oparach absurdu, to wydaje się kuszącym podkładem w prologu.
Yoshida Brothers - Rising
Przygoda akcji w L5K, miało być filmowo na całego, więc poszedłem na całego. Muzyka towarzyszyła opisom kolejnych postaci graczy - pionowo obok nich pojawiało się Kanji z imieniem postaci a pod nimi poziomo nazwisko gracza. A po tym powiedziałem:
Jak za cięciem katany obraz rozpada się na dwoje by ukazać planszę tytułową - "The Black Daisho".
...Następnie słyszymy głos Tomasza Knapika mówiący "Stracony honor"
Było przezabawnie.
30 mar 2011
Wykopaliska: GP 38 i k6 02
------------
Na stronie jedenastej tego samego numeru pojawił się artykuł Karola Dobrowolskiego "Twoja własna szafa grająca". Karol w prezencie wrzucił też do sieci paczkę przygotowanych przez niego ścieżek dźwiękowych do Neuroshimy. Dzięki, Dobro!
------------
Tu przychodzi mi na myśl jedna ciekawostka. Na Pyrkonie załapałem się na dziesięć minut jakiejś prelki o muzyce sesyjnej. I ni stąd, ni zowąd wszędzie natykam się na polecanki programu Audacity. Oczywiście zdarzają się błędy (Dobro na przykład nazywa go Audiacity), ale: jest w GP 38, był w oryginalnym tekście Cravena do Graj Trikiem (czy się dostał? nie wiem), był w ustach Prelegentów na Pyrkonie. W ogóle coraz więcej się o nim mówi. Ciekawe, czy którekolwiek z tych wspomnień jest moją "zasługą" - pierwszy raz o nim wspomniałem w sierpniu, a od tego czasu myślę, że robiłem to z kilkanaście razy w różnych kontekstach.
------------
Dla mnie jednak dzisiejszym gwoździem programu jest drugi numer (oznaczony jako numer pierwszy) fanzinu k6, który to wyszedł w roku 1995 a został udostępniony na blogu Neptycznego. Dzięki!
W PDF-ie można znaleźć dwie strony, wyciągnięte niczym z baśni i legend, tyczące się właśnie muzyki w grach fabularnych. Lekturę zacząć warto od strony drugiej, gdzie u dołu stronu znajduje się garść omówień. To niezwykłe uczucie zobaczy, jak z pełną powagą rekomenduje się zespoły, których niemal nikt nie słucha (me ukochane Clannad i Dead Can Dance), informacje o Rozwijającym Się nurcie New Age, kategorie takie jak "mistyczna, tajemnicza, pogańska" - prawdziwa podróż do dawnego świata!
Niebywałe, jak świadomość muzyczna bardzo rozwinęła się od tamtego czasu.
Autorami tekstu są, hehe, Dordże, Drakden i Diablo El Ojo. ; )
Zapraszam do przejrzenia:


27 mar 2011
Odpowiedzi #3 – Drakus
Miasto Tiamar. Bohaterowie przeszedłszy przez ogromną, obco wyglądającą bramę stają na rozległym tarasie. Przed nimi otwiera się ogromna, prostokątnie wykuta jaskinia, sięgająca kilkanaście metrów w górę. Z tarasu schody prowadzą do rozległego placu z wieloma budynkami i przejściami znikającymi w ścianach jaskini. Całość oświetlona jest niezbyt jasnymi, kolorowymi światłami (...). Na placu panuje gwar. Wszędzie jest pełno istot, z których większość znają tylko z bajek, lub zgoła wcale. Gdzieniegdzie przechadzają się stwory z szczodrymi rogami. Wszyscy jednak zdają się spieszyć Architektura wkoło wydaje się bardzo obca (...).
Opis bardzo trudny, gdyż bardzo szczegółowy. Właściwie podobny wątek poruszył Kaczor. Pytał bowiem o wjazd do tajemniczego miejsca. Mój faworyt:
Jako, że chcesz prowadzić nieco mroczniejszy dungeon, możesz szukać tła w recenzowanym już Assassins Creed, składającym się głównie z szumów. Raczej nie nada się do sztuczek narracyjnych, jednak otrzymasz możliwość zebrania w miarę uniwersalnych szumów.
Jak dla mnie jednak dobrze by było, gdybyś pobawił się tu nieco groteską i kilkoma możliwie charakterystycznymi kawałkami. Obadaj chociażby ten:
Zastanów się, co najlepiej według Ciebie podkreśli „dziwaczność” tego miejsca. Ja bym próbował pójść w wyjątkowość, w skojarzenia wpierw niejednoznaczne, ale umożliwiające stworzenie niepowtarzalnego powiązania. Po inspiracje możesz sięgnąć do naszego tagu „groteska”, zaś przykładem szczególnie reprezentatywnym mógłby być A Quick Fix of Melancholy. Nie znam settingu, w którym się obraca opisana lokacja, ale jeżeli nie boisz się melodii czerpiących z tradycji katolickiej i nie tylko, może znajdziesz jakiś ciekawy utwór w dorobku Roberta Łuczaka.
A teraz coś nowego. Perełka z mojego dysku, właściwie jedyny utwór, który wydaje mi się jednocześnie zawierać garść przygnębienia, ale też tajemniczości niewykluczającej „gwaru” na ulicach. Nie pamiętam, skąd ten kawałek pochodzi – wiem, że istniał kiedyś projekt stworzenia rozbudowanej kampanii do świata Planescape na bazie Neverwinter Nights. Twórcy udostępnili muzykę za darmo, zaś najbardziej do gustu przypadło mi to:
Nie jestem pewien, czy trafiłem. I czy pomogłem. Jeżeli nie – napisz, jaki wątek potrzebujesz, bym rozszerzył.
25 mar 2011
Epicki Alfabet A
Przepraszam wszystkich regularnych czytelników - z najzwyklejszego gapiostwa zapomniałem w zeszłym tygodniu o notce. W ramach zadośćuczynienia notki będą się pojawiać trzy tygodnie z rzędu. Raz jeszcze przepraszam za milczenie w poprzedni piątek.
Reedycja Epickiego Alfabetu. Tytuł mówi sam za siebie, a niejeden pewnie pamięta oryginał. Ale jakby ktoś nie wiedział, to mogę jedynie doprecyzować, że chodzi o muzykę. Wpisy będą zestawieniami pompatycznych utworów na kolejne litery alfabetu. Epickość będzie traktowana z dużym marginesem, żebym mógł Wam podsunąć jak najróżniejsze muzyczki, z drugiej strony na pewno wiele będę musiał skreślić, żeby nie rozwlekać całości ponad miarę. Czy muszę wspominać, że słuchamy wszystkiego z podkręconymi głośnikami?
Also Sprach Zarathustra - Richard Strauss
Czymże innym można by zacząć taki cykl? Ikona kina. To przy okazji jest też przekleństwem tego utworu. Obawiam się, że na sesji RPGowej mogło by się to nadać tylko w scenie komicznej, bo inaczej wyszło by sztampowo i banalnie. Zamiast tego polecam (spoiler literki "P") Planet Krypton (Koniec spoilera).
Angel Of Doom - Shiro Sagisu
Z dzisiejszych pozycji to jest zapewne najmniej znane. To kompozycja do finałowych scen Rebuild of Evangelion 1.0 You Are (Not) Alone. To pierwszy z kinowych filmów stanowiących remake Neon Genesis Evangelion. Świetny kawałek muzyki, trochę szkoda, że po budowaniu klimatu trochę siada pod koniec, kiedy powinien wręcz urywać jaja.
The Abyss - Alan Silvestri
To wyśmienity soundtrack, wydaje mi się, że niesłusznie zapomniany przez wielu, podobnie jak film. Zaczyna się po prostu estetycznie, od drugiej minuty brzmienia nabierają kolorków i przestrzeni. Około 3:50 znowu kroczek wyżej by zakończyć całość anielskimi chórkami.
Anvil of Crom - Basil Poledouris
Kvlt classik, jak się przekonanie Basyl jeszcze nie raz zagości w alfabecie. Zanim ktoś zacznie kręcić nosem na ten utwór - uspokajam, przy literce R nie zabraknie Riders of Doom. Ale co tam - nie sądzę by ktoś odmówił epickości prologowi czytanemu przez Mako, czy późniejszej kompozycji.
Audiomachine - Guardians At The Gate
Audiomachine - Akkadian Empire
Nikogo nie zaskoczy, że w Alfabecie niemało miejsca znajdzie się dla muzyki ze zwiastunów filmowych. Te dwa kawałki uświetniły między innymi zwiastun Avatara. Drugi znalazł się natomiast w całkowicie epickim trailerze StarCrafta II.
20 mar 2011
Odpowiedzi #2 – Mojzi
Dzisiejsza prośba ogranicza się jedynie do „tła / podkładu” pod sesje Warhammera (wiadomo: lasy, jesień, trochę mroku, wieś oraz miasto. Tylko żeby to nie było aż tak przygnębiająca, jak utwory z gry Arcanum słuchane przez 2h bez przerwy ;d) i muzyki, co by się nadawała pod walkę w takich brudnych, nieprzyjemnych realiach.
Ogólnikiem jest „muza do WFRP”. Temat rozległy o tyle, że Warhammer otwarty jest na bardzo wiele konwencji, przy czym z podanych przykładów rozumiem, że Mojzi jest pomiędzy jesienną gawędą a sugerowanym nastrojem pierwszoedycyjnego podręcznika. Pomijam więc muzykę komponującą się z podręcznikiem edycji drugiej (czyt. heroicznych, podniosłych orkiestr) i skrajne smęty.
Dotychczas na blogu wspomniałem o kilku gałęziach, które można dopiąć do drzewka warhammerowego tła. Zacząć można od tagu „mroźna północ”. Wyśmienity jest album Kveldssanger Ulvera, zbiór akustycznych gitar i melancholijnego śpiewu. O ile sesja nie toczy się latem, wiosną – świetne jako tło. Inny utwór tego zespołu, dobry dla urozmaicenia:
W tych samych warunkach znakomicie sprawić się może Tenhi, przeze mnie bardzo wysoko ceniony, mocno wpisany w grozę i przygnębienie, pozbawiony właściwie utworów w postaci czystej radosnych. Muzyka też raczej graczom się nie znudzi – po oddzieleniu ziarna od plew, można stworzyć składankę naprawdę urozmaiconą.
Nieco mniej uniwersalnie stosować można Szwedzką Garmarnę, przydatną chociażby do sesji wiejskich i jarmarków. Folk nie nazbyt radosny, by agresywnie rozbudzać wyobraźnię, a przy tym zdatny do podkreślenia każdego festynu. Jeżeli zaś chciałbyś szczególnie optymistycznych pląsań, sięgnij po Clannad. Bardziej bezrefleksyjne, ale też uniwersalne tło zapewni Ci Symetria.
Do tła i walki świetnie nadaje się rytmiczna, nieco groźna Arcana, jednak zdecydowanie bliżej Warhammera będzie genialny soundtrack do Warcrafta III (dotychczas go nie recenzowałem).
Przykładowe kawałki:
Tło:
Walka:
Zapoznaj się też z soundtrackami do Black Moon Chronicles (istnieją wersja rozszerzona i skrócona), po polsku: Kroniki Czarnego Księżyca. Świetna muzyka do walki, zwłaszcza wielkich bitew. Używam jej bardzo często przy grach bitewnych (o ile gram, czyli – jakoś raz na dwa miesiące). OST czasem określany „jednym z najlepszych w historii gier PC”.
Zespołem typowym dla renesansowego miasta będzie Micrologus. Nie są, niestety, docenieni w sieci, ale pomijając ich maryjno-chrystusową łacinę, pasują świetnie. Masa dobrej muzyki. Znajdziesz ich na YouTube'ie, sprawdź:
13 mar 2011
Nemezis - soundtrack
Nemezis rozpłynął się po kraju. I ma rozpłynąć się za granicą. Dołączany do edycji limitowanej podręcznika zbiór plików mp3 autorstwa Błażeja Grygiela można już zakupić w DriveThruRPG. Pięć dolarów za zip? W Stanach to kwestia dwóch cheesburgerów, dla Polaka jednak wydatek każe się zastanowić – czy warto?
O ile jestem wielkim fanem publikacji wydawnictwa GRAmel (kupiłem wszystkie tytuły w edycjach limitowanych), o tyle przyznam, że sam album mnie nie zachwycił. Nie znaczy to jednak, że nie warto mu się przyjrzeć – w czym postaram się Was wyręczyć. Przypomnę, że Nemezis to setting do mechaniki Savage Worlds, korzystający hojnie z horroru i science-fiction – gracze prowadzą jednostki wybitne, nietypowe, które mają dość jaj, by postawić swoje życie na szali w celu osiągnięcia sukcesu. Wszystko to skąpane jest w coraz wyraźniejszej wizji końca wszechświata, niesionego przez niemalże niemożliwe do powstrzymania istoty wzorowane na utworach Lovecrafta.
Utworów jest tuzin, ich łączna objętość przekroczyła 56 minut elektroniki. Podzielone zostały na trzy grupy, odpowiadające opisanym w podręczniku planetom – Ash (ogarnięty wieczną zimą, postapokaliptyczne, lodowe pustkowie), Bariz (sielankowe, wręcz rozpustne połączenie latających miast i nieskalanej zieleni) oraz Cor (ogarnięty wojną poligon). Podział ten ma sens, przyznam jednak, że gdyby nie wskazówki od strony autora, sam bym nie potrafił ich pogrupować. Nie są Aż Tak odmienne, w gruncie rzeczy ich konwencja jest spójna.
Utwory miały być funkcjonalne. Jako, że w świecie RPG-owym trochę się w tematyce muzyki ruszyło, takoż i po każdym tytule pojawia się jego sugerowane zastosowanie. Stąd utworu oznaczone zostały na przykład jako „Ash – Coraz zimniej (atmosfera tajemnicy)”. „Atmosfera tajemnicy”? „Atmosfera wyścigu”? Brzmi to dziwacznie. Ale nie aż tak dziwacznie jak „atmosfera s-f”. Założenie było proste. Opracowujesz sesję? Szukasz inspirującego utworu? Chcesz w trakcie improwizacji szybko wrzucić coś na playlistę? Odpal katalog, wybierz planetę, która najbardziej ci pasuje, znajdź coś, co pasuje do danej sceny i daj sobie spokój. I o ile przy utworach oznaczonych jako „walka” ma to wiele sensu, to „atmosfera s-f”? Co to właściwie znaczy?
Swoją drogą, same tytuły są wcale inspirujące. Widząc „Bariz – Pojedynek na szlacheckim dworze” można wpaść na pomysł nie tylko sceny, ale wręcz samodzielnej przygody. Tytuły też pomogą łatwo odróżnić nazwy planet – widząc „Coraz zimniej”, „W sieci intryg” i „Wieczną wojnę” trudno nie przypomnieć sobie, do czego poszczególne planety służyły.
Największa bieda albumu tkwi w nieznacznej ilości instrumentów. Wszystko jest boleśnie sztuczne, czasem wręcz ocieka wrażeniem taniego keyboardu i syntezatora perkusji. Nieliczne wyjątki mają też zupełnie niecharakterystyczną gitarę elektryczną, która brzmi, cóż, jak wszystkie inne gitary elektryczne. Nie zwraca na siebie uwagi.
Kontynuując myśl: stali czytelnicy mego bloga wiedzą, że najważniejszym dla mnie aspektem muzyki jest jej wyjątkowość. Tego właśnie zabrakło twórczości Grygiela. Do czynienia mamy ze standardem. Brakuje choćby melodii, które chwytałyby za gardło tak mocno, że nie dałoby się ich pomylić z czymkolwiek innym. Wolałbym już groteskę niż grzeczne odwalanie pracy domowej z „atmosfery s-f” (czymkolwiek by nie była). Nawet najlepszy utwór, „Coraz zimniej”, składa się właściwie z trzech części, z czego środkowa jest nudnym szumem, aż proszącym się o odpalenie Audacity i wykonanie cięcia.
Co więc otrzymujemy? Nawet nie tyle album słaby, ile po prostu przeciętny. Do bólu typowy, po którego przesłuchaniu niewiele się właściwie zeń pamięta. Pod względem poziomu utworów pozostaje w tyle chociażby za soundtrackiem do Robotici, za to pamiętny pozostaje eksperyment podziału na źródła inspiracji (planety) i przykładowe zastosowania – których klarowność też jest jednak wątpliwa. „Wieczna wojna” swoją drogą używa dźwięków potworów, co do których miałbym wątpliwości na punkcie przestrzegania praw autorskich. Żeby było zabawniej – to jedyny utwór zawierający wokale.
Moim zdaniem – za 5 dolców nie warto. Ale niektóre utwory na pewno wykorzystam. Takoż osoby, które zastanawiają się nad zdobyciem limitowanej edycji, informuję, że jako dodatek do wcale niezłych gadżetów (plakaty, mniam) nie jest bynajmniej stratą czasu.
Niemniej – setting zasługuje na coś lepszego.
– Muzyka tła: 1/5 – album z założenia obejmuje różne nastroje i bezpardonowo między nimi przeskakuje. Jeżeli spróbujemy użyć go jako tło – osiągniemy porażkę;
– Muzyka sceny: 3/5 – dzięki sugestiom twórcy, mamy ułatwioną drogę do przypisania do składanek lub włączenia do planowanej sesji. Większość utworów nie jest na tyle słaba, by nie warto ich było używać, jednak nie sprawdzą się jako gwóźdź programu;
– Muzyka chwili: 2/5 – chociaż utwory – dzięki tytułom i innym cechom kompozycji – są całkiem inspirujące, łatwo znaleźć lepsze, które je wyręczą – to nie jest dobry materiał do zabaw z narracją;
– Muzyka drużyny: nie.
Składanka:
Utwory i ich miejsce w składance:
1. Ash - Coraz zimniej (atmosfera tajemnicy) (0:00 – 0:24)
2. Ash - Walka w metropolii (walka) (0:24 – 0:41)
3. Ash - Walka w Cortexie (walka) (0:41 – 1:01)
4. Ash - Miejska dżungla (atmosfera metropolii) (1:01 – 1:30)
5. Ash - Narodziny cyborga (atmosfera s-f) (1:30 – 1:57)
6. Bariz - Raj w sercu piekła (atmosfera spokoju) (1:57 – 2:21)
7. Bariz - Pojedynek na szlacheckim dworze (walka) (2:21 – 2:49)
8. Bariz - W sieci intryg (atmosfera tajemnicy) (2:49 – 3:15)
9. Bariz - Wyścig o wszystko (atmosfera wyścigu, wyzwania) (3:15 – 3:38)
10. Cor - Wieczna wojna (walka) (3:38 – 4:02)
11. Cor - Kołysanka dla Mesu (atmosfera grozy) (4:02 – 4:30)
12. Cor - Sny ożywionych (atmosfera grozy) (4:30 – 5:08)
4 mar 2011
Graj Trikiem – Director’s Cut

Michael Kamen – Final Showdown
Jeśli jednak chcecie większego tempa i innego nastroju to może utwór „Final Showdown” z ścieżki z pierwszej części „X-Men” będzie idealny. Użyłem go w dość analogicznej scenie. Utwór od pierwszych sekund jest bardzo dramatyczny – dlatego zacząłem od człowieka wybiegającego z korporacyjnego budynku, który ciągle oglądał się za siebie. Jak to filmowe ofiary – zamiast trzymać się zaludnionych ulic futurystycznego miasta, ten szybkim krokiem zaczął kluczyć po drobnych uliczkach ściskając mocno teczkę z dokumentami. Kolejne zaułki, on ogląda się za siebie, u wylotu ulicy pojawia się czyjaś sylwetka… znacie ten klimat… Wreszcie trafia na ślepy zaułek, napastnicy mają go w garści, zbliżają się, na bruk upada teczka. Muzyka się uspokaja, ja opisuję ten sam zaułek, raz jeszcze, ale teraz oświetlany migającymi na czerwono i niebiesko kogutami policyjnymi. Postacie graczy są już na miejscu, zaczynamy dzisiejszą sesję…
Edvard Grieg – Holberg Suite for Strings
Chciałem szczególnie dobrze przedstawić halę produkcyjną, w której później miała się zakończyć pewna przygoda. To było SF, z masą elektroniki, więc postanowiłem stworzyć kontrast dla tej sceny. Sięgnąłem po klasykę - na pewno znacie utwór Griega „Holberg Suite for Strings”, chociaż pewnie tak jak ja, za cholerę nie skojarzylibyście go z samego tytułu… Śliczne smyczki, pracujące harmonijnie układające złożoną melodyjkę. Jak znalazł do opisu mechanicznych ramion precyzyjnie przenoszących ciężkie metalowe formy z jednej taśmy nad drugą. Kiedy muzyka lekko się zmieniała przechodziłem na kolejne elementy – ciężką prasę wycinającą odpowiednie kształty, kadź z pomarańczowym, płynnym metalem i tak dalej… taniec maszyn. Kiedy później rozpętała się jatka, gracze nie tylko czuli klimat tego miejsca, ale sami próbowali w walce wykorzystać ruchome i niebezpieczne otoczenie przeciw wrogom.
Don Davis – Power Plant
O ile nie jestem fanem kopiowania scen z filmów „wprost” – czyli opisywania do muzyki tego, co było w filmie, to polecam inspirację na wszelkie sposoby. Chcecie pokazać coś niesamowitego i przerażającego? Pamiętacie drugiego Obcego, kiedy w trakcie dynamicznej ucieczki Ripley nagle zamiera w bezruchu? Powolutku się rozgląda, widzi dziesiątki jaj obcych, słychać ciężkie dyszenie i widzimy ją… Królową obcych w pełnej okazałości. OK. Chcemy czegoś podobnego. Nagłe spowolnienie i pełne napięcia ukazanie czegoś przerażającego lub niesamowitego. Użyjmy muzyki, które ilustruje scenę w tym klimacie, ale nie taką samą. Motyw z pierwszego Matrixa – „Power Plant” towarzyszy scenie, kiedy Neo budzi się w komorze z różowym płynem i widzi kolosalne kolumny, gdzie tysiące ludzi są „uprawiani”. Z tą muzyką i odpowiednim opisem można przyprawić graczy o dreszcze.
Michiru Ooshima – Yuukoku
Trevor Rabin – The Last Car
Pamiętajcie też, że możecie przygotować muzykę nie tylko dla siebie, ale również dla graczy. Jeden z graczy jest wojskowym i jest spora szansa, że w czasie sesji będzie miał okazję wygłosić motywującą przemowę? Miej pod ręką utwór z Full Metal Alchemist „Yuukoku” – werble wojskowe z podniosłymi brzmieniami orkiestry. To oczywiście tylko przykład zarówno sceny jak i muzyki. Kiedyś miałem przygotowaną scenę ucieczki graczy przed policją (sesja w przyszłości). Stwierdziłem, że może będą się chcieli ukryć gdzieś w trakcie i przyszedł mi do głowy pomysł. Wróćmy do ścieżki z 60 sekund. Gracze kryją się w magazynie. Puszczam utwór – „The Last Car”. Około półtorej minuty trzymającej w napięciu, kiedy liczą, że pościg ich minie, kiedy opisuję gdzie ukrywają się w opuszczonym budynku. Muzyka się zmienia, ktoś otwiera drzwi, zaciąga się cygarem trochę popiołu opada na ziemię, muzyka cichnie na chwilę. Pada jedno słowo – „Przeszukać”. Muzyka ponownie eksploduje z rytmicznymi uderzeniami – w sam raz dla wkraczających policjantów, dudniących buciorami po karcianej podłodze…
20 lut 2011
20 II / 23 II - notki nie będzie
EDIT:
Niestety, 23 II też nie wyrobię.
18 lut 2011
Odpowiedzi #2 – Kaczor

Nareszcie doczekaliśmy się wyzwań :).
(…) prezentacja "dziewiczy" wjazd do jakiegoś niezwykłego, słynnego miasta, Amberu, Throalu, Night City, itd. Miasta nowego nie tyle dla gracza, co dla jego postaci, kawałek który ruszy nawet starego wyjadacza (albo chociaż sprawi że w jego zblazowanych oczach pojawi się przez chwilę dawny, młodzieńczy blask!) Coś co podkreśli wagę tych kilku(nastu) zdań ogólnego opisu.
Notkę Aureusa przeczytacie tutaj.
Staram się nie przekraczać trzech utworów w notce, ale tym razem się nie udało. Będą za to najróżniejsze klimaty. Bez przynudzania przechodzę do konkretów:
Hughes Hall – Sleep Now
Kawałek „z przejściem”. Idealny do SFów. Z powodu pierwszego dźwięku urodził mi się do niego opis ze statkiem wychodzącym z hiperprzestrzenni w rozbłysku światła. Następnie mam chwilę by opisać, że pojawił się nad gęstym lasem, gdzieś nisko w atmosferze planety typu ziemskiego. Następnie opisuję jego obły kształt, dysze czy cokolwiek jak mknie przed siebie, zbliżając się do wzniesienia. Wreszcie trafiamy na przejście (0:58) linia drzew się urywa a w dole przed nami rozpościera się miasto pełne strzelistych budynków, świateł, dziesiątek pojazdów naziemnych na ulicach i powietrznych uwijających się pomiędzy budynkami i przerzuconymi nad ulicami napowietrznymi pociągami. Ogrom i masa ruchu.
Harry Gregson-Williams – Syracuse
Ten kawałek jest prostszy, ale również „z przejściem”. Nie mam dla niego dedykowanego opisu, istotne jest, że po piętnastu sekundach pojawia się miasto/statek/armia i jest epicko.
Shigeru Umebayashi – Tai-He Song
Epicki kawałek z Curse Of The Golden Flower (tłumaczenie polskawe: Cesarzowa). Znajdzie zastosowanie chyba we wszystkich skośnych klimatach, z L5K na czele. Zależnie od skali przygody/kampanii może to być dwór daimyo, albo pałac cesarski – cokolwiek będzie najwyższą półką dla danej drużyny. Śpiew jest tak rozciągnięty, i „instrumentalny” że nie powinien przeszkadzać nikomu w narracji.
Michael McCann – Watchtower
Raz jeszcze SF, chociaż może współczesna metropolia, typu NY czy Tokio też by się nadawała. Nie wiem czy to kwestia tego utworu (szczególnie w okolicach 1:10-1:50), czy po prostu tego jak głęboko wrył mi się w mózg Blade Runner (którego wbrew pozorom nie czczę jako uber-SF), ale nie wyobrażam sobie tego opisu bez deszczu zalewającego ludzi i ulice, dodającego kolejną warstwę refleksów od świateł ulicy, reklam i neonów.
Hans Zimmer & John Powell – Sacred Pool Of Tears
Znów skaczemy na klimaty fantasy, ze wskazaniem na skośność (chyba, że ktoś wyprowadzi mnie z błędu). Z utworu wyciąłem niecałą minutę na początku, by zostawić tylko tą niesamowitą rozbiegówkę i późniejszą epę. Mam dedykowany opis pod ten utwór, ale będę świnia i nie zdradzę jaki. Powiem tylko, że przedstawia on niesamowite miejsce, gdzie rozgrywa się cała przygoda.
Mam nadzieję, że:
- Się spodoba Kaczorowi
- Się spodoba innym
- Się przyda Kaczorowi
- Się przyda innym
- Nie będzie to ostatnia notka z pod znaku „koncertu życzeń”
16 lut 2011
Assasin's Creed 1 / 2 – soundtracks
Oba z nich są jednak na swój sposób dobre.
13 lut 2011
Odpowiedzi #1 – Kaczor
(…)prezentacja, "dziewiczy" wjazd do jakiegoś niezwykłego, słynnego miasta, Amberu, Throalu, Night City, itd. Miasta nowego nie tyle dla gracza, co dla jego postaci, kawałek który ruszy nawet starego wyjadacza (albo chociaż sprawi że w jego zblazowanych oczach pojawi się przez chwilę dawny, młodzieńczy blask!). Coś co podkreśli wagę tych kilku(nastu) zdań ogólnego opisu. Ja na przykład, kiedy gracze wjeżdżali do jednego z najwspanialszych miast na kontynencie (świat fantasy) użyłem tego:
Było nieźle.
Uf. Pojechał.
Ok., osobiście nie znam żadnego z wymienionych przez Kaczora miejsc, niemniej jak rozumiem:
- kontekst dowolny, nie tylko fantasy;
- podkład pod scenę zaprezentowania nowego obszaru zamieszkałego przez ludzi;
- coś, co ma szczególnie mocno podkreślić: „tak, to miejsce jest zajebiste”.
Osobiście raczej takich scen nie robię, gdyż moje sesje z zasady nie są zbyt efekciarskie i jestem gówniany w tworzeniu opisów, przez co łatwiej mi przeprowadzić sesję w karczmie czy wiosce, niż wielkim mieście.
Ja pojadę w fantasy.
Gdybym jednak naprawdę chciał coś takiego zrobić, wybrałbym:
1. Two Worlds 2 – Voices of the Past
Chciałbym umieć jakoś konkretnie podzielić ten utwór, jednak nie jestem w stanie – przejścia w nim są bardzo płynne. Niemniej zacząłbym od krótkiego wprowadzenia niepewności (rozsuwa się mgła – mrużycie oczy pod wpływem światła) i opis właściwy rozpocząłbym od 00:12, szybko ilustrując wrażenie ogólne (światło, ruch, zarys kształtów). Od 00:38 można skupić się na kilku szczegółach, które wprowadzamy wpierw wyliczając, by o 01:04 poinformować, że gracze są już w ruchu – marszu, pojeździe – i dostrzegają kolejne warstwy miejsca im całkiem obcego. 01:43 to moment podkreślenia zachwytu lub – nawet lepiej – odwołania do wspomnień jednej z postaci lub dawnego, pozytywnego wydarzenia z sesji. 02:17 otwiera minutę końcowego opisu, po którym następuje stopniowe wyciszenie.
Dorzuciłbym to równie dobrze do steampunkowego miasta, jak i elfiej wsi, wodospadu czy miasta w chmurach, jak i nawet do sceny erotycznej (gdybym z jakiegoś powodu miał chęć podczas SESJI wprowadzać sceny erotyczne O_o). Co poradzić – ten utwór to po prostu good shit.
2. Assassins Creed 2 soundtrack – Heart / Flight Over Venice 1
Problem z tymi kawałkami tkwi w tym, że są Epickie. I mówię serio – jak się nieco podkręci głośniki, potrafią tak skupić na sobie uwagę i wstrzyknąć taką dawkę heroizmu, że aż głupio nam będzie zniżyć się do zwykłego, rozrywkowego charakteru sesji ; ).
Heart zdecydowanie lepiej sprawdzi się jako mocne uderzenie, powoli się rozkręcamy, a od 01:40 dajemy czadu. Wraz z upływem czasu można wręcz sobie pozwolić na żywą gestykulację, powstanie z miejsca, rozentuzjazmowany wyraz twarzy. 03:17 to moment na powrót do prozaicznego, życia, dopełnienie obrazu wrażeniami i pytanie: „co robicie?”.
Flight Over Venice 1 możemy zastosować w podobnej funkcji. Można też sięgnąć po Audacity i po prostu wyciąć wszystko do 01:08, by nie mierzyć się ze zbyt dużym przejściem instrumentalnym. Myślę też, że scena – inspirując się tytułem utworu – świetnie by wyrażała się lotem (czy to postaci graczy, czy wręcz „kamery”) nad opisywanym miejscem.
3. Medieval 2 soundtrack – Amen
Tym razem utwór bardzo mocno ukierunkowany na RPG okołośredniowieczne (powstaje setting na Światotworzenie „Krzyżowiec” - tam by pasowało idealnie). Jeżeli gramy w Europie lub graczom po prostu nie będzie przeszkadzało, że tekst utworu to, jeżeli dobrze słyszę, „Alleluja, amen, alleluja, hosanna, amen”.
Zaletą utworu jest, że składa się właściwie z czterech utworów obecnych w grze. Wpierw mamy wyraźny śpiew chóru, później fajną solówkę na... em... gitarze (?), później – przygnębiająco odśpiewany, dziewczęcy finał treści, uwieńczony wyraźnymi organami. Jak to wykorzystać? Choćby opisem od szczegółu do ogółu: kaplica / świątynia / katedra z zakonnikami, proszącymi o zwycięstwo króla w wojnie → minstrel, samotnie prosząc o datek pod drzwiami karczmy → służka rozwieszającą pranie swej pani, modląca się, by nie została dziś pobita → zwrot na pochmurne niebo. Po czym gracze przejeżdżają przez bramę, utwór się zmienia.
4. Black Moon Chronicle soundtrack – Empire / (untitled)
Heh, ale starocia wygrzebałem. No trudno.
Oba utwory są bardzo krótkie i skrajnie różne, stąd pierwszy z nich – w intro gry promował Imperium – świetnie nadaje się do podkreślenia potęgi wielkiej fortecy lub kroczącej armii. Nie wyobrażam sobie, by mogło tu zabraknąć ubranych w jednolite stroje żołnierzy kroczących dumnie i wyprostowanie, z zasłoniętymi twarzami.
Utwór bez tytułu – wykraczający poza normalny soundtrack, zatytułowałem go więc intuicyjnie, zgodnie z funkcją, gwałcąc w ten sposób inny utwór z soundtracku o tym samym tytule – odzwierciedla natomiast miast pobożne, święte, czyste. Według mnie idealny miks stanowiłoby kontrastowe opisanie dwóch przeciwstawnych potęg – wpierw upajających się potęgą legionów, później – pokornie przyjmujących sakramenty rycerzy w oświetlonej katedrze. Można zresztą tego użyć także w przygotowaniach do bitwy.
-----
Jeżeli macie inne prośby o pomoc, nie krępujcie się. Jesteśmy, by służyć, blog jest dla czytelników – chętnie pomożemy Wam szukać rozwiązań.
Prawdopodobnie w piątek notkę na ten sam temat wrzuci Craven.
Już teraz jednak informuję, że Świstak wyjechała na dwa tygodnie larpować ze Szwedami, o czym zresztą informowała mnie już dość dawno temu. Prawie na pewno więc przez najbliższe dwa poniedziałki nie uraczy nas swymi światomrocznymi wpisami.